Maciej

Trudno mówić o zażyłych kontaktach i bliskiej znajomości. Przeważnie spotykałam Macieja w szerszym gronie, najczęściej w pracowni Pawła Jocza. Należał do stałych bywalców i niezawodnych kompanów wielu literacko-artystycznych posiedzeń. Brał w nich aktywny udział. Zabierał głos chętnie. Był jednak powściągliwy, mimo że nie unikał ani ostrych spięć, ani ideowej konfrontacji. Jego wystąpienia nierzadko podgrzewały atmosferę. Ale zawsze wydawało mi się, że jest to rodzaj zasłony, a nawet obrony – powiedziałabym nawet – przed zbytnim spoufaleniem, przed jakąkolwiek wspólnotą. Paradoksalnie więzi szukał i jednocześnie odrzucał, a może – jak przysłowiowego ognia – bał się, nie chciał się od niej uzależnić.
Kto znał Macieja bliżej, zdawał sobie sprawę, że władają nim odmienne żywioły. Potrafił być bardzo ciepły i lodowaty, współczujący i bezwzględny, nieraz całkowicie zdystansowany i zaangażowany na przepadłe. Ranił i przyciągał... zupełnie jak jego wiersze, po które niezmiennie sięga się z obawą, z mocno bijącym sercem i z nadzieją – że nie odejdzie się z niczym. Gdy we wtorek 7 lutego br., w Columbarium paryskiego cmentarza Père Lachaise, grono przyjaciół żegnało kolejnego z poètes maudits, nie mogłam być obecna. Gdy kilka dni później stałam sama przed wypełnioną, zamkniętą niszą, skrywającą urnę z prochami Macieja, zdało mi się, że pośród niezliczonych nazwisk i imion, wyryte na zwykłej desce inicjały – wraz z rokiem jego narodzin i śmierci – pozostaną samotne. Jednak nie pozwolą nikomu spocząć.

Anna SOBOLEWSKA

67-4-4.jpg (69675 Byte)

Na zdjęciu:

Maciej Niemiec
pośród przyjaciół
w pracowni
Pawła Jocza
(Boulogne, 2002)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga