Ciemność jest bardziej podstawowa

Z Maciejem NIEMCEM rozmawia Marek WITTBROT

Maciej Niemiec (1953-2012). Urodził się w Warszawie. Od jesieni 1987 roku mieszkał w Paryżu. Wydał tomiki poetyckie: „Cokolwiek, ponieważ” (1989), „O tej porze świata” (1989), „Kwiaty akacji” (1994), „Małe wiersze” (1994), „Ulica Wód” (1996), „Świat widzialny” (1998), „Dance or die” (2002). W 2001 roku, we francuskim wydawnictwie Atelier La Feugraie, ukazał się jego tom wierszy „Trente poèmes pour une femme”, zaś w roku 2002, w wydawnictwie Belin, zbiór „Le quatrième roi mage raconte”. Przez wiele lat należał do stałych współpracowników „Naszej Rodziny”. Współpracował również z „Recogito”. W nocy z 24 na 25 stycznia 2012 roku, w paryskim hotelu, odebrał sobie życie. Rozmowa ukazała się w „Naszej Rodziny” w roku 1992, nr 4 (571), s. 16-18).


– Czy wystarczy pragnąć dobra?

– W tym sensie, w jakim pisała o tym Simone Weil – wystarczy. Ona uważała, że w sposób naturalny jest nam dostępne tylko pewne ograniczone dobro, które jest przeciwieństwem zła, a ponad tym przeciwstawieniem istnieje dobro nieograniczone, nadprzyrodzone, w którym możemy uczestniczyć tylko tak właśnie – poprzez pragnienie go. Weil uważała, że poza tym dobro nadprzyrodzone pozostaje dla nas niedostępne. Taki sens ma dla mnie ta cytata użyta w wierszu. Czyli, że nasze uczynki pochodzą z myśli, z pragnień. Oczywiście nie znaczy to, że nie należy działać – naturalne czy społeczne zło bywa bardzo aktywne i atakujące.

– W Twoich wierszach ciemna – powiedziałbym nawet – smutna strona życia jest jakby bardziej widoczna.

– W ogóle jest bardziej widoczna, myślę, że to cecha naszego świata. Widzę, że masz przed sobą tomik moich wierszy wydany we Wrocławiu kilka lat temu. Te wiersze napisałem w Polsce w latach 1981-1987. To nie był bardzo wesoły czas, prawda?

– Dlatego dominuje w Twoich wierszach pustka, bezsens, samotność...?

– Nie czuję się samotny, żyję w otoczeniu licznej i kochającej rodziny. Mam dwoje małych dzieci. Zaś bezsens – ten zarzut mnie dziwi, bo pisanie jest dla mnie może nawet przede wszystkim próbę sensu, kierunku – zarówno ogólnego sensu świata, jaki jest dany w doświadczeniu, jak i dokładnego sensu każdego słowa, które decyduje się napisał. że odnaleziony sens świata nie zawsze jest harmonijny, to już nie mnie rozstrzygać w tej chwili – czy to cecha świata, czy tylko mojego doświadczenia. Chyba jedno i drugie. Wreszcie pustka – pustka jest dla mnie pojęciem religijnym, którego, mam nadzieję, nie nadużywam. Dla niektórych mistyków, z tak różnych obszarów religijnych jak chrześcijaństwo i buddyzm, „pustka” była stanem, który umożliwia, przybliża obecność Boga. Jednak ja sam od bardzo dawna doświadczam niekiedy tylko jednego rodzaju pustki – tej pustki w głowie, jaka jest wywołana zmęczeniem.

– Zaskakujesz mnie tym stwierdzeniem. Kiedyś napisałeś: Nie piłbym do lustra gdybym spotkał kogoś / z kim mógłbym pić / nie mówiąc nic. Te słowa świadczą o samotności...

– Chodzi tu nie tyle o samotność, co o daremność rozmawiania. Te trzy linijki – początek wiersza – są rodzajem ironicznego żartu. Wiersz był pisany w Polsce w tym czasie – chyba na początku 1982 roku – kiedy poza mówieniem niewiele można było uczynić nie ryzykując jakichś policyjnych sankcji. Dużo się gadało, nie zawsze do rzeczy, i sporo piło. I to jest o tym – o rozmowach daremnych i o hałasie „polityczności” – uniemożliwiającym prawdziwą rozmowę. Jest w tym niewątpliwie także samotność. Poezja w ogóle wynika z pewnej wewnętrznej samotności, niemal niezależnej od sytuacji zewnętrznej. Z pewnego rodzaju milczenia. Ktoś, kto lubi dużo mówić, raczej nie będzie pisał wierszy. Milczenie jest konieczne, by mógł się pojawić zarys wiersza...

– Oprócz milczenia wyraźny jest u Ciebie ton katastroficzny, przeczucie rzeczy ostatecznych...

– Katastrofizm w literaturze polskiej posiada określone konotacje i w tym sensie nie uważam się za katastrofistę, choć cenię wiersze poetów z tego kręgu, na przykład przedwojenne i wojenne wiersze Czesława Miłosza. U Miłosza ten wątek przewija się przez całą jego twórczość i jest jednym z najciekawszych. Wydaje mi się, że właśnie z katastrofizmu Miłosza wynikają dwa najważniejsze postulaty jego poezji, jeden to przeciwstawienie się dekadencji języka poezji – coraz bardziej dla mnie istotny i trudny postulat. Drugi – konieczność „historyczności” poezji, podjęcia pełnego dziedzictwa – jest jeszcze trudniejszy, a w odniesieniu do poezji lirycznej wydaje się, mnie przynajmniej, i niesłychanie ważny, i jednak dyskusyjny.

– Dla mnie jesteś nie tyle katastrofistą, co kontynuatorem tej linii poetyckiej – oraz tradycji poètes maudits.

– Nie uważam się za kontynuatora – choć zapewne nic ważnego nie może zaistnieć bez świadomości tradycji. Nie pisze się dlatego, bo istnieją poetyckie tradycje, lecz ponieważ żadna z nich nie wyczerpuje naszego poszczególnego doświadczenia – i świata, i języka. Pisze się wobec tradycji, ale także pomimo i wbrew niej. Jednak, jeżeli tak odbierasz moje wiersze, być może jest to wynikiem mojego „katastroficznego” odczuwania świata – że nie odczuwam świata jako czegoś, co istnieje w sposób w pełni uzasadniony i co na pewno będzie istniało pojutrze i za dwa lata. „Poeci przeklęci” zaś, to tradycja – jak napisał gdzieś Robert Lowell – którą „w przelocie karmi się każde poetyckie pokolenie”. Wobec legendy narosłej wobec tego określenia warto przypomnieć, że po raz pierwszy użył go Verlaine pisząc o Stefanie Mallarmé – poecie, który, o ile mnie wiadomo, był człowiekiem raczej uporządkowanym. Gdybym miał sięgnąć do moich mistrzów młodości, musiałbym wymienić Rafała Wojaczka i T.S. Eliota. Wojaczek spełnił wszelkie warunki legendy poètes maudits – jednak przede wszystkim był świetnym poetą, być może w okresie powojennym najwybitniejszym, obok Krynickiego, z tych, którzy nigdy nie mieszkali poza Polską. Eliot miał swój okres katastroficzny, rozwiązany religijną afirmacją. Nie miał wielu powodów, by się uważać za „poetę przeklętego” – choć był nim jeden z mistrzów jego młodości, Lafargue. Chyba wszystko jakoś się splata ze sobą. Być może każdy poeta jest trochę „przeklęty”, jeśli jego postawa wynika z poszukiwania prawdy, jest w pewnej opozycji do otoczenia.

– Mam poważne luki w Twojej biografii, co – przyznam – bardzo mi przeszkadza. Wiem, że byłeś związany z Wrocławiem, działałeś w konspiracji, teraz zaś mieszkasz w Paryżu.

– We Wrocławiu mieszkałem przez dziewięć lat i byłem z nim związany jak właśnie z miejscem, w którym się mieszka – przez pracę, przyjaciół. Nie czuję tu głębszych związków, jeśli chodzi o miejsce. Na początku stanu wojennego rzeczywiście miałem w domu przez ponad rok nielegalną drukarnię.  W nieco późniejszym okresie zajmowałem się kolportażem pism i książek. Jest to banalne – wielu przyjaciół miało wówczas podobne zajęcia. Pisałem dla niezależnego miesięcznika „Biuletyn Dolnośląski”, a niedługo przed wyjazdem z Polski założyłem i współredagowałem pismo literackie „Kontur”.

– Z jakim miejscem czujesz się więc szczególnie związany?

– Byłyby to raczej domy niż miasta i raczej miasta niż kraje. We Wrocławiu był to, bardzo dla mnie przyjazny, dom przy ulicy Pugeta 13, w którym mieszkałem ostatnie lata przed wyjazdem. Wcześniej, bardzo ważnym miejscem, od dawna już nieistniejącym, był dom moich dziadków w Janowie Lubelskim. Rodzinna tradycja nie przyniosła mi w darze żadnej „małej ojczyzny”. Mamy rodzina była poznańska, dziadek był prawnikiem, zginął w obozie w Dachau. Rodzina ojca pochodziła gdzieś spod Kowna, ale dziadkowie mieszkali już w Janowie Lubelskim. W pierwszej wojnie dziadek był oficerem armii austriackiej, później legionistą. Był ważną postacią mojego dzieciństwa. Pamiętam, jak czasem mówił mi teksty łacińskie i greckie z czasów swojego gimnazjum. Obie rodziny miały jakieś warszawskie odgałęzienia, ja się urodziłem właśnie w Warszawie, to było miejsce moich kilku pierwszych lat życia.

– Jest jedna rzecz, której nie rozumiem. Jesteś – mimo wszystko – człowiekiem, dla którego określone miejsce jest czymś bardzo ważnym, nie znajduje to jednak odbicia w twojej twórczości.

– W wielu wierszach próbowałem bardzo ściśle zapisać miejsce, to dla mnie niesłychanie ważne – w niektórych wierszach „miejsce” jest niemal ich ukrytym podmiotem. Być może jednak są to szyfry, w sensie dosłownym czytelne tylko dla mnie i jeszcze kilku osób. Ale w wierszach ważny jest nie tylko sens dosłowny. Rzeczywiście ważne jest dla mnie to miejsce, w którym jestem obecny, w którym żyję. W Paryżu po tych kilku latach czuję się już jako tako zadomowiony, jednak Francja pozostaje dla mnie wciąż obszarem egzotycznym. Jak już mówiłem, nie jestem zakorzeniony w określonej tradycji „miejsca”. Nie mam swojej „małej ojczyzny” –  chyba że jest nią język polski. Po wyjeździe z Polski zdałem sobie sprawę, że nigdy już nie zdołam wrócić – w sensie heraklitejskim – do kraju, w którym mieszkałem, bo on się zmienił. Dzięki Bogu, że się zmienił. W każdym razie nie przesadzałbym z wpływem jakiegoś ogólnie pojmowanego „miejsca” na to, co się dzieje w głowie. Wyobraźnia i poczucie tożsamości karmią się codziennym życiem, najbliższymi okolicami, ale także i przede wszystkim pamięcią, prawie nienaruszalnymi wartościami wyniesionymi z dzieciństwa, z domu, z okresu pierwszych lektur i pierwszych mistrzów. Ta „wewnętrzna ojczyzna” jest najbardziej stała i wierna. A podróż łatwiej zacząć, niż skończyć. Teraz przygotowuję do druku tom wierszy, który w całości powstał w Paryżu. Mam nadzieję, że miejsce jest w tych wierszach wyraźnie obecne.

– Co więc w gruncie rzeczy wydaje ci się decydujące dla Twojej poetyckiej wrażliwości?

– Gra pomiędzy językiem a światem. Gra bardzo poważna, bo stawką jest własna tożsamość i świadomość. Najbardziej tajemniczym składnikiem świata wydaje mi się czas.

Ja dodałbym jeszcze przeciwstawienie światła i ciemności.

– Tak, ale ciemność jest bardziej podstawowa. Forma pojawia się w pustce, światło – w ciemności...

Paryż, 21 lutego 1992 roku

67-5-1.jpg (69675 Byte)


Na zdjęciu:

Maciej Niemiec
(Paryż, 1992)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga