Psychomachia muranowska

Trudno uwierzyć, że jeszcze przed ukazaniem się „Nocy żywych Żydów”* Igora Ostachowicza Rafał Kalukin na łamach „Newsweeka” wieszczył, że wywoła ona skandal w związku z nieadekwatnością swojej „formy” do „treści”. I że w gruncie rzeczy jej autor jako doradca premiera narazi go na kompromitację. Minęło ponad dwa lata od wydania powieści i nic takiego się nie stało. Skandal nie wybuchł, a premier Donald Tusk jeszcze długo rządził, korzystając z rad Ostachowicza (zmieniło się to w związku z zupełnie innymi okolicznościami). Książka w 2013 roku otrzymała nominację do nagrody Nike, ale i ten fakt nie uczynił jej obiektem bardziej namiętnej dyskusji medialnej. Właściwie bez echa przeszła też przed dwoma miesiącami premiera opartego na niej przedstawienia w warszawskim Teatrze Dramatycznym (w reżyserii Marka Kality). Czyżby opinia, że mamy do czynienia z niewybrednym żartem literackim zniechęcała do uważniejszej lektury tej powieści?
„Noc żywych Żydów” opowiada o tym, co się przydarzyło Polakom w epoce transformacji, a na to, co się przydarzyło, składała się także konieczność uporania się z zaszłościami historycznymi, między innymi z prawdą o własnej roli - współuczestnika i świadka - w Zagładzie ich żydowskich współobywateli. To bardziej skomplikowana sprawa, niż mogłoby się pozornie wydawać, a to za sprawą czasu, jaki upłynął od zakończenia II wojny światowej. Fakt ten zadecydował o tym, że z przeszłością przyszło borykać się nie przedstawicielom pokolenia, które przeżyło Szoah, lecz ich wnukom. Można powiedzieć, że spadło na nich zadanie ponad ich siły, bo kwestia współodpowiedzialności za Zagładę zastała ich całkowicie nieprzygotowanymi. Nikt nigdy wcześniej nie przerabiał z nimi tego tematu, nikt nie nauczył języka, w którym mogliby go podjąć. A i wyjście naprzeciw wyzwaniom nowych czasów nie uczyniło ich ani trochę bardziej kompetentnymi. Główny bohater ujmuje to tak: „Stoję i nie wiem, co dalej. Staram się uporządkować myśli, wybrać strategię podejmowania decyzji. Próbuję sobie przypomnieć, czego uczyli mnie na kursach osobowości dla bezrobotnych. Może chociaż teraz mi się to przyda” (s. 75). Okazało się jednak, że na niewiele się przydało i że aby ruszyć z miejsca, musiał on zdać się na instynkt. Jak zresztą można się przygotować do przyjęcia czegoś tak niewyobrażalnego, jak to, o czym się dowiedzieli - powiedzmy - z „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa. Szok był tak wielki, że naprawdę jedyną konwencją jakoś go będącą w stanie oswoić był horror. Dlatego w powieści Igora Ostachowicza wcale nie wydaje mi się ona efektem zamiłowania do zabawy formami literackimi, ale traktuję ją bardzo serio: ostatnia transformacyjna dekada rzeczywiście w tym właśnie wymiarze - rozliczeń z najpoważniejszą polską XX-wieczną winą - przypomina (czas teraźniejszy jest uzasadniony, bo proces trwa) „Noc żywych Żydów”.
Proste streszczenie w przypadku tej powieści nie daje wyobrażenia, „o czym ona właściwie jest”, bo przecież fabularnie całkowicie mieści się w konwencji, którą jednocześnie traktuje jako wehikuł dla przeszmuglowania problematyki z gruntu jej obcej. Konwencja ta przywołana została ironicznie. Przy czym nie można chyba powiedzieć, że ironia służy Ostachowiczowi do przyszpilenia języka horroru w gablocie osobliwości literackich. Pod jej wpływem zyskuje on bowiem zaskakującą żywotność. W tonacji buffo pozwala mówić zupełnie sprawnie na tematy serio. Jeśli w streszczeniu fabuła zostanie wyjęta ze słoika z ironią, to skurczy się do dość pokracznego szkielecika, może i zabawnego, ale przez swą pokraczność i – w tej pokraczności – bezwstydnego (ofiarą tego bezwstydu padł Rafał Kalukin). I w tej postaci na pewno do nikogo nie przemówi, nie przekona do niesionych ze sobą sensów. Dlatego też oszczędzę czytelnikowi relacji z przebiegu zdarzeń, choć i tak nie uchronię się przed zarzutem spoilowania. Powiem więc tylko, że główny bohater powieści jest swoistego rodzaju everymanem. Piszę „swoistego rodzaju”, bo jednak chodzi o „każdego” hic et nunc, „każdego” okresu polskiej transformacji. Jego istotą jest hybrydyczność: to robotniko-inteligent czy raczej rzemieślniko-inteligent, czuły kochanek i pies na baby, cynik i romantyk, twardziel i mięczak, chamofob i egalitarysta, tchórz i heros, machismo i pantoflarz, egoista i altruista, chroniczny kłamca i szczery aż do bólu etc., etc. On razem ze swoją dziewczyną Chudą i jej internetową przyjaciółką Chirico uczestniczy w obronie powstałych z muranowskich gruzowisk pomordowanych w czasie wojny Żydów przed zgrają neofaszystów, na czele których stoi Ktoś Zły, przez pewien czas - wcielenie samego diabła.
Opowieść głównego bohatera nie ma jednak statusu obiektywnej narracji. Wydarzenia w niej przedstawione przecież nie dzieją się naprawdę. Są rojeniem. Czyim i w jakiej sytuacji? Czy coś o tym można powiedzieć? Nie jest to proste, bo żywioł fantasmagorii jest dominujący i słabnie tylko na ułamki sekund, dając dostęp do tego, co rzeczywiste. Oto w miarę kompletny inwentarz narracyjnych sygnałów istnienia tego drugiego – rzeczywistego – planu, dających o sobie znać w słowotoku bezimiennego bohatera: „a też kocham życie i mimo że wciąż żyję, zaczynam za nim tęsknić i je rozpamiętywać. Może to przez Chudą. Przez to, że ciągle mi się śni w białym świetle, albo przez to, co robi na jawie” (s. 7); „Pewnie z wyrzutów sumienia znów śniła mi się Chuda otoczona białym, nieprzyjemnym światłem. Była taka opiekuńcza. Karmiła mnie jakąś zupką, a przecież ją zdradziłem” (s. 23); „Oczywiście śniła mi się Chuda w białym świetle. W ogóle nie mogę przez to wypocząć” (s. 30); „Pertraktujemy w ziemnym pokoiku, jestem nieobecny, jakbym był jednocześnie gdzie indziej, i w końcu faktycznie białe światło razi mnie w oczy, widzę zamazaną sylwetkę Chudej, jak się garbi, siedząc na krześle. Nie czuję się bohaterem, czuję się śmiertelnie zmęczony” (s. 79); „Jestem niewyspany, znów miałem porywający sen z białym światłem w roli głównej, tym razem przeszedłem sam siebie, bo w tym śnie nie było nawet Chudej, tylko ja sam. Leżałem i gapiłem się na powiewającą w uchylonym oknie firankę. Przez cały sen gapiłem się bezmyślnie i zastanawiałem, kiedy przyjdzie Chuda” (s. 107); „Zasnąłem siedząc na kanapie. Sen mi się śnił nudny, choć optymistyczny, bo polegał na tym, że przez cały ten cholerny sen Chuda karmiła mnie rosołem, a ja wcale nie chciałem jeść, ale też nie chciałem jej mówić, że nie chcę” (s. 115); „Znów przez całą noc zmagałem się z białym światłem, smutkiem i niewyjaśnioną bezsilnością” (s. 151); „Miałem niesamowite sny. Nie pamiętam dokładnie, co mi się śniło, grunt, że nie to białe światło znowu” (s. 172); „Na moment tracę przytomność, rozglądam się z niedowierzaniem i ulgą po sali operacyjnej z prawdziwego zdarzenia, światła w kole, ludzie w maskach, monitorki, rurki, kabelki, czysto” (s. 193); „Idę szybkim krokiem prosto do światła i mam was wszystkich gdzieś” (s. 198); „W końcu usłyszałem szum samochodów, a przez materiał zobaczyłem światło” (s. 203); „Zamknąłem na chwilę oczy i zobaczyłem Chudą w białym świetle nachyloną nade mną, czułem, jak kapią na mnie jej łzy i jak staje mi się daleka” (s. 229); „Znowu mrugnąłem oczami i zobaczyłem białe światło, zamazaną Chudą, co ty zrobisz, jak umrę” (s. 234); „Wspaniały finał - myślę sobie, nawet coś chyba za wspaniały, i nie wiem dlaczego, ale już raczej białe szpitalne światło wydaje mi się bardziej realne” (s. 249).
Sporo się tego uzbierało. A jednocześnie bardzo niewiele, jeśli się zważy, że ma to nam wystarczyć za całokształt rzeczywistych wydarzeń – w gruncie rzeczy składa się to na bardzo anemiczną fabułę. Czy jednak mielibyśmy prawo oczekiwać czegoś więcej, jeśli wreszcie domyślimy się, że główny bohater leży na oddziale intensywnej terapii i jest biernym obiektem działań lekarzy, a właściwie uruchomionej przez nich aparatury? Może nawet należałoby powiedzieć, że główny bohater umiera, postrzegając wszystko na opak: real to dla niego sen, a sen to real. A skoro umieranie – jak zapewniają nas poradniki typu „życie po życiu” - polega na przedzieraniu się przez tunel ku światłu, to nic dziwnego, że bohater-glazurnik udający się w swoją ostatnią drogę na Muranowie przemierza właśnie labirynty piwnic pełne ciał pomordowanych mieszkańców getta. A o tym, że dotarł do źródła światła, świadczy scena finałowa – rozmowa w opustoszałej galerii „Arkadia” z tzw. sprzątaczem, czyli aniołem, który mu towarzyszy w oczekiwaniu na sąd ostateczny. Wszystko to – powtarzam – dzieje się wyłącznie w głowie bohatera, a głowa jak to głowa często bywa śmietnikiem rzeczy najcudaczniejszych. Pełno w niej tworów popkulturowych. Wszelkie okoliczności tego, co w swoich wizjach przyszło mu doświadczać: historia serca ze srebra, mającego wpływ na nagłe ożywienie trupów pomordowanych, motywacje tych, którzy pozostali wśród żywych, kostiumy, w jakich przyszło bohaterom tego dramatu występować (on sam jako „czołzenłan” z „Matrixa”, dziadek-szmalcownik jako „Alien” z „Ośmego pasażera Nostromo”) etc. – mają proweniencję dość kiczowatą, ale to nie obciąża autora powieści, ale jej bohatera, a jeszcze bardziej kulturę, w której został uformowany. Autorowi należy być raczej wdzięcznym, że odważył się na rolę neurochirurga dokonującego wiwisekcji na mózgu Polaka – podmiotu dziejów ostatnich kilkunastu lat. To, co wydobył i zademonstrował, nie zawsze jest budujące, ale to nie jego wina. Zresztą może wcale nie jest tak źle – popkultura ze swoimi horrorami, hentai, norweskim black metalem, rockiem industrialnym („Nain Inch Nails”), albumem „Babylon By Bus” Boba Marleya, bohaterami amerykańskiej animacji „Beavis i Butt-head”, filmem „Kevin sam w domu”, chilloutem, wytwórnią Ninja Tune, trip-hopem, „Thrillerem” Michaela Jacksona, ale także z zamiłowaniem do rekonstrukcji historycznych i flash mobów okazała się zaskakująca pomocna w zmaganiach głównego bohatera z siłami zła.
Napisałem, że wszystko dzieje się w głowie głównego bohatera. Niezupełnie tak jest. Co bowiem zrobić z opowieścią równoległą – o Ktosiu Złym? Ona wszak rozwija się poza jego świadomością. Należy zatem przyjąć istnienie drugiego narratora. Dopiero łącznie obie te narracje – komplementarne wobec siebie – tworzą całokształt rzeczywistości tego moralitetu. Jeśli chodzi o tę równoległość dwóch różnych narracji w „Nocy żywych Żydów”, to nie jest wykluczone, że mamy tu do czynienia z pisarskim poślizgiem zakończonym w rowie. Niemniej bez względu na to, czy tak jest czy nie, to powieść stanowi dla nas określoną strukturę – i jej w całości możemy nadać sens lub go odmówić. Założenie, że narrator trzecioosobowy został do powieści wprowadzony z pełną świadomością, niewątpliwie wymusza na nas wniosek, że mimo iż całokształt wydarzeń toczy się w głowie umierającego bohatera, to odzwierciedla on pewien stan poza jego głowę wykraczający – czyli to, w czym uczestniczy mózgowo, jest tylko jakąś projekcją wydarzeń „rzeczywistych” – tyle że nie z tej „rzeczywistości”, którą opuszcza, ile z „rzeczywistości”, w drodze do której się znajduje. Inaczej mówiąc, toczy się „rzeczywista” psychomachia, walka o jego duszę (o jego, a nie jak wskazywałaby fabuła – o duszę Wojtka Cieślaka, przywódcy strajkujących pracowników „Arkadii” [Jakże zdziwiłem się, kiedy dowiedziałem się, że galeria o takiej nazwie rzeczywiście stoi na Muranowie. Życie w swoim absurdzie wyprzedziło literaturę]). Wszystko się więc zgadza: jest i everyman, i psychomachia. Łącznie nie pozostawiają wątpliwości. W przypadku „Nocy żywych Żydów” mamy do czynienia z XXI-wieczną aktualizacją średniowiecznego gatunku, jakim jest moralitet.
Everyman tego moralitetu toczy bój – jakby kwestia jego zbawienia lub potępienia zawisła od stanowiska, jakie zajmie w jak najbardziej historycznym konflikcie dzielących Polaków w związku z ujawnianą stopniowo prawdą o zakresie ich współodpowiedzialności za Zagładę. W trakcie tego boju przemierzył całe zaświaty – niebo (w tej roli występuje galeria „Arkadia”) i piekło, czyli „Auschwitz-bis” i NIC, które bohater ujrzał pod kratką ściekową w obozowej umywalni: „Ukląkłem przed tym czarnym otworem, nachyliłem się i zajrzałem. Nie zobaczyłem nic, a raczej zobaczyłem nic. Mówi się czasem, że można usłyszeć ciszę albo zobaczyć prawdziwą ciemność. Ja zobaczyłem, usłyszałem, poczułem każdym zmysłem i pomyślałem każdym zwojem i szarą komórką nic. Nie znajduję słów na to, co wyczułem duszą. Słowo «nic» jest trywialne i bezpieczne w moim świecie, bo nigdy nie oznacza prawdziwego, absolutnego nic. Czasami słowo «śmierć» albo «koniec» są mu bliższe. Głuchy strach rozlał się po wszystkim, czym jestem, nie umiałem zrozumieć, nazwać i w znany mi sposób skonsumować tego nic, wywołało we mnie w niespotykanym natężeniu nostalgię, pragnienie życia i przeciwieństwa «niczego»„ (s. 143-144). O piekle Ostachowicz pisze na poważnie; całkowicie tłumi w sobie skłonności prześmiewcze. Przypomina w ten sposób, że „Noc żywych Żydów” to utwór napisany w sprawie jak najbardziej serio. Chodzi w niej o uświadomienie czytelnikom, że nie przepracowując swojego stanowiska w toczącym się sporze, skazują pomordowanych Żydów na pozostawanie tam, gdzie dosięgła ich śmierć; skazują ich na status zombie w świadomości ludzi żywych. Tylko zbiorowy udział w takiej psychomachii może żywych od martwych – uwolnić. I to jest najogólniejsza konstatacja, jaką można uczynić przy lekturze tej interesującej powieści.

Andrzej DOBROWOLSKI

* Igor Ostachowicz, „Noc żywych Żydów”, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B. 2012.


Andrzej Dobrowolski (ur. 1961) – edytor archiwaliów związanych z życiem i twórczością Teodora Parnickiego. Ogłosił m.in.: „Przy całej naszej odmienności postaw pisarskich...”. Listy Teodora Parnickiego do Hanny Malewskiej z lat 1960-1974 (2003); „Inżynierowie dusz”. Uwagi Parnickiego do wspomnień Borwicza (2003); „Owoc i studiów, i prób niezliczonych. I wielu udręk...”. Wypisy o „Słowie i ciele” z korespondencji między Teodorem Parnickim i Jerzym Giedroyciem (2008); Jerzy Giedroyc, Teodor Parnicki, „Listy 1947-1968” (2014).

77-2-5.jpg (69675 Byte)


Na ilustracji:

Okładka
książki
(2012)

© Recogito, Rafaliga