Z Przemyśla do Leeds (25)

Wspomnienia Józefa Kazimierza Wisza


Franio Bach jedzie do Kermine na zwiady

Tego też wieczoru zostałem dowódcą kompanii na miejsce Bacha, a Franio z Jerzym i plutonowym wyruszyli w drogę. Wiadomość o wojsku trzymaliśmy w tajemnicy, żeby krochmal albo NKWD nie dowiedzieli się o tym.
Miałem w kompanii blacharza. Nazbierał on masę skrawków i porobił z nich przeróżne narzędzia. Miał młotek, pilnik, obcęgi, przeróżne noże, szczypce itp. – i nosił je w torbie na plecach. Chodził po Dżyzaku i po sąsiednich wioskach i lutował dziury w garnkach, ostrzył noże i naprawiał wszystko, co naprawy wymagało. W ten sposób dorobił się „prawdziwych narzędzi”, które kupił w sklepie i był naprawdę dobrze wyposażony. Wszyscy go znali i dawali mu robotę, tak że blacharz stał się „bogatym”! Zawsze miał pieniądze i mógł sobie to kupić, czego potrzebował. Trzymał się kompanii Bacha, bo miał tam chorych kolegów (którym pomagał) i znajomych, i czekał tak, jak wszyscy na mundur wojskowy.
Kiedy po trzech dniach od wyjazdu wrócił plutonowy Smolka i przywiózł wiadomość od Frania, żeby pakować manatki i przyjeżdżać do Kermine – jeden tylko blacharz nie wierzył, że to prawda i postanowił zostać w Dżyzaku. Cała kompania, prócz niego, nawet ci, którzy jeszcze słabo stali na nogach, wyrazili zgodę na podróż. Oczywiście dwie kobiety z „dowództwa batalionu” mieszkały już u nas w kołchozie i czekały na decyzję Jerzego. Bez wahania się zdecydowane były również na wyjazd. Na szczęście Krochmala nie było w tym czasie w Dżyzaku!
Przed zapadnięciem nocy tego dnia plutonowy Smolka objął komendę. Prowadził nas do stacji kolejowej, ale nie od strony dworca tylko z tyłu, rowem przy nasypie. Szliśmy grupami po dwudziestu, żeby nie zwracać dużą ilością uwagi Uzbeków. Chorym trzeba było pomagać. Szliśmy powoli i podtrzymywali niektórych za ramiona. Kiedy dobrnęliśmy do stacji, rozłożyliśmy się wzdłuż rowu i czekali na pociąg. Było to wczesnym rankiem i było jeszcze ciemno, kiedy na stację w Dżyzaku zajechał długi pociąg towarowy, składający się z cystern z naftą, idący na Zachód. Była okazja, więc nie tracąc czasu, rozbiegliśmy się wzdłuż pociągu i zajęli wszystkie budki hamulcowe przy wagonach. Mieliśmy dużo szczęścia; nikt nas nie obserwował, nikt nie widział, a budki były puste, bez obsługi kolejowej. Tak więc grupami, po dziesięć osób w budce, załadowaliśmy się na pociąg. Mocniejsi wdrapali się na bufory, a niektórzy uczepili się drabinek przy cysternach, którymi można było wdrapać się na górę wagonu. W kilku minutach każdy znalazł swoje miejsce i kompania była załadowana; brakowało tylko blacharza. W ten sposób, po kilku godzinach zajechaliśmy do Kermine.

Wyjazd z Dżyzaku

Obóz w Kermine rozłożony był szeroko przy bocznicy kolejowej. Składał się z kilku grup namiotów. Był w stanie organizowania. Najbliżej bocznicy było dowództwo i kuchnia. Istniała tam również izba przyjęć, izba chorych itp. Dalej na pagórku ustawione były namioty dwu kompanii: siódmej i ósmej. Były to dwie pierwsze kompanie siódmej dywizji. Dalej na pustkowiu stały namioty lotników. Bliżej dowództwa była inna część obozu. Obóz zapasowy czy coś podobnego. Tam mieszkały kobiety, młodzież oraz inni „zapasowi” – jeszcze nie zweryfikowani. Dwie wyżej wymienione kompanie, lotnicy i ci „wcieleni” do wojska, nosili mundury. Przy dowództwie jednak było sporo ludzi w łachmanach. Czekali oni na „wcielenie”. Franio Bach czekał na nas i od razu rozparcelował swoich ludzi, dając im rady i wskazówki, gdzie należało meldować się, gdzie wydawano mundury, jedzenie itp. Mnie oczywiście zaprowadził do „kasyna” i zajął się sprawą umundurowania i wciągnięcia mnie do swojej kompanii na dowódcę plutonu. Na drugi dzień musiałem zameldować się w dowództwie i przejść komisję weryfikacyjną. Przewodniczącym komisji weryfikacyjnej był major Jakubowski. Nie znałem ani majora ani innych oficerów towarzyszących mu. Kiedy podałem im moje dane, major Jakubowski zainteresował się moim pochodzeniem z Przemyśla. „Z Przemyśla”? – pytał. „Ja jestem również z Przemyśla; poznaje mnie pan”? Nie poznawałem majora Jakubowskiego, ale on poznał mnie. Kiedy mu opowiedziałem o gimnazjum Słowackiego, o moim przysposobieniu wojskowym i o zdobyciu złotej odznaki strzeleckiej – major Jakubowski wstał, wyciągnął do mnie rękę i powiedział: „Pan mnie nie poznaje, ale ja pana poznaję. Przecież to ja panu wręczałem tą odznakę strzelecką. Ja byłem komendantem P.W. w Przemyślu, nie pamięta pan?” Przypomniałem sobie wtedy majora Jakubowskiego i przyjemnie mi było spotkać kogoś z mojego ukochanego miasta. Major Jakubowski pamiętał też o moim podaniu, kiedy starałem się o przyjęcie do wojska na zawodowego; pamiętał, że wystawił mi opinię, kiedy wnosiłem w 1935 roku podanie o przyjęcie do Komorowa, do zawodowej szkoły podchorążych. Miałem wtedy dwie opinie: od dyrektora Ziemnowicza i od majora Jakubowskiego. Za mało to jednak było, żeby dostać się do podchorążówki. Major pamiętał to wszystko i zweryfikował mnie od razu. Franio Bach był bardzo zadowolony, bo w jego ósmej kompanii, prócz niego, nie było innego oficera zweryfikowanego! Zatwierdzono oczywiście mój przydział do kompanii Bacha i nareszcie, po długim czasie trudów i znojów zostałem przyjęty do prawdziwego Wojska Polskiego!
Niedługo jednak byliśmy razem. Frania, zawodowego oficera, przydzielono na dowódcę Szkoły Podchorążych stacjonowanej kilka kilometrów od Kermine, a mnie, zweryfikowanego podporucznika mianowano dowódcą ósmej kompanii na miejsce Bacha. Śmieszna to była sytuacja, bo w kompanii miałem trzech pełnych poruczników, spełniających funkcje dowódców plutonów, a ja, młodszy stopniem ( i wiekiem ) od nich – stałem się ich dowódcą.
Opisując moją „karierę w wojsku” od czasu wcielenia mnie do siódmej dywizji w Kermine, tj. od 15 lutego 1942 roku, będę musiał streszczać się do ważniejszych wypadków i przeżyć w formie chronologicznej, bo nie sposób jest pisać szczegółowo o przebiegu mojej służby. Temat olbrzymi; można by napisać szereg książek o tych sprawach, ale moim zadaniem jest i było co innego. Chciałem przeprowadzić analogie czterech pokoleń; uwypuklić różnice, naświetlić zmiany, jakie miały miejsce na przestrzeni długiego okresu czasu i warunków życia. Zmiany, których właściwie nie było, a to z tego powodu, że jesteśmy narodem zrodzonym i mieszkającym pomiędzy młotem i kowadłem: Rosją i Niemcami, w Środkowej Europie, gdzie nigdy nie znaliśmy prawdziwego spokoju i przyjemnego życia, jak miały możność zaznać inne narody, odsunięte geograficznie od „Młyna”, w którym wiecznie coś się działo; gdzie spokój ludzki był zawsze zamącony przez wojny i zmiany, które efektowały naród. Czy było u nas chociaż jedno pokolenie, które spędziłoby swój żywot normalnie, beztrosko, wygodnie i swobodnie do końca swoich dni. Ja nie pamiętam takiego okresu i nie znam z całej naszej historii.
Mając jednak różne warunki życia – czy to w wolnej Polsce czy pod zaborami – byliśmy też różnymi ludźmi. Żyliśmy inaczej i zachowywaliśmy się inaczej i czuliśmy inaczej, w każdym okresie naszego długiego istnienia. A jednak natura ludzka, ta oryginalna natura sprzed wieków – nie zmieniała się u nas bardzo. Byliśmy takimi samymi, jakimi byli nasi praojcowie, kiedy z siekierą i łukiem w ręku polowali na dzikiego zwierza i wyrębywali lasy wokół rosnące. Egoizm ludzki, ten wrodzony, przeżył w nas wieki. Zachłanność, zazdrość i chęć zdobycia władzy, żyje w nas do dzisiaj i wielkie hasła, te powtarzane przez wielu, nie mają tego znaczenia, w jakie my wierzyliśmy, kiedy byliśmy młodzi, zapalczywi i chętni do idealnych czynów. „Bóg – Ojczyzna” – powtarzane było często; ale czy te hasła nie uległy zmianie, w prawdziwym tego słowa znaczeniu? Wyrzucono nas z kochanego kraju, wywieziono z Polski i kazano bić się za „Waszą wolność i naszą”. Pięknie to brzmi i wzrusza. Zachęca. Pcha do czynów nadzwyczajnych, bohaterskich – ale kończy się śmiercią. „Za waszą wolność i naszą” – ładnie; ale ja nie pamiętam, kiedy byłem wolnym człowiekiem? Czy wolnym człowiekiem była moja matka? – Czy wolnym człowiekiem był mój dziadek? Można by tu dyskutować – ale faktem jest, że nawet gdybyśmy przyjęli tę tezę, że byliśmy i jesteśmy wszyscy wolni – czy ta wolność różnych pokoleń była jednakowa? I co jest najważniejsze – ile tej wolności zaznaliśmy? Dziadek zbudował dochodowe przedsiębiorstwo, wychował dużą rodzinę i na pewno umierał zadowolony z tego, że dokonał wielkiego dzieła. Ale prawdziwej wolności nie zaznał.

Moja matka też mogła być dumna z tego, że mnie wychowała w trudnych warunkach i pomogła wielu różnym ludziom w ich życiu. Ale moja matka była niewolnicą tego życia i nie zaznała nigdy wolności i szczęścia! Czy ja byłem wolnym człowiekiem w Polsce? Z opisu moich przeżyć na pewno wyciągnie się wniosek, że byłem nieszczęśliwym człowiekiem od wczesnych lat życia. Czy mogłem kiedykolwiek osiągnąć to, czego pragnąłem, czego chciałem najwięcej? Nigdy!
I teraz w Kermine, po tarapatach wojennych, po okrutnych doświadczeniach – nareszcie zostałem „wolnym człowiekiem”. Mianowano mnie dowódcą kompanii ósmej, siódmej dywizji Wojska Polskiego, w Rosji! Można by przypuszczać, że osiągnąłem wiele, z czego należało być zadowolonym. Niestety, krótki to był okres, w którym czułem się dobrze. Przede wszystkim zdawało mi się, że Polacy, a zwłaszcza ci, którzy byli w mundurach i przeszli gehennę życiową – będą jednakowi: kochający się nawzajem, szanujący się i będą dążyli do jednego celu, tj. do powrotu do kraju i do rodzin swoich. Przypuszczam, że większość tak myślała. Dowiedziałem się jednak wkrótce, że droga do osiągnięcia tych celów dla różnych ludzi była różna. Wojna imponowała niektórym, a mundur z różną ilością gwiazdek, różnił nas niezmiernie. Jak za czasów średniowiecznych, kiedy istniała szalona różnica pomiędzy panem a chłopem, pomiędzy możnowładcą, a poddanym, pomiędzy bogatym a biednym – tak samo zarysowywały się te różnice pomiędzy oficerem a podoficerem i podoficerem, a szeregowym. Już w Kermine, gdzie z nędzarzy zrobiono nas wojskiem – odczuliśmy tę różnicę bardzo wyraźnie. Po objęciu kompanii zameldowałem w sztabie o tym, że w Szarii zostało wielu Polaków bez żadnej szansy dostania się do Wojska Polskiego. Meldowałem również o placówkach polskich w różnych miejscowościach, które nie funkcjonowały należycie i nie pomagały Polakom w dostaniu się do Wojska Polskiego. Oczywiście nie pominąłem placówki polskiej w Taszkencie, gdzie umierała w parku masa ludzi bez żadnej opieki i pomocy. Moi dowódcy zapisywali sobie na luźnych kartkach wszystkie informacje, które im przekazywałem, ale czy zrobili jakiś wysiłek, żeby tych ludzi, o których meldowałem, wciągnąć do wojska? Wiem, że nie zrobili żadnego wysiłku, gdyż byli zbyt zajęci ściągnięciem do Kermine swoich najbliższych: rodzin, przyjaciół, znajomych i kochanki, tak jak to było z ewakuacją w Polsce w 1939 roku. Może nie mieli możności i środków na werbowanie ludzi, o których im meldowałem. O tym nie wiem i trudno mi wyrażać sąd w tych sprawach. Wydaje mi się jednak, że jeżeli mogli ściągać z dalekich terenów swoje żony i kochanki, to mogli też coś zrobić, żeby z Dżyzaku, zaledwie kilka godzin jazdy pociągiem, ściągnąć wymierające kompanie z „Ochotniczego Batalionu „Krochmala! Niestety, nawet tego nie zrobili. Dowiedziałem się później, będąc w Palestynie, że Krochmal dostał się do wojska i był skazany na dwa lub trzy lata więzienia za swoje przestępstwa, ale ludzi z Dżyzaku nie przywieziono i pozwolono im wymrzeć z głodu i zimna. Ten fakt spowodował, że straciłem zaufanie do moich władz w Rosji kompletnie. Dbali oni tylko o własną skórę, a los innych Polaków ich nie wzruszał.
Niemniej, jako dowódca ósmej kompanii – wykonywałem moje zadanie w sposób najbardziej uczciwy. Celem moim było postawić kompanię fizycznie na nogi. Dlatego też, kiedy Uzbecy przychodzili do mnie na skargi, że moi ludzie ukradli barana lub dwa – mówiłem im, ż to było niemożliwe i nie przyjmowałem na siebie żadnej odpowiedzialności. Wiedziałem dobrze o tym, że moi ludzie kradli, gdzie się dało. Mówił mi o tym szef kompanii, że w tym czy innym plutonie „piekli” barana. Ja nie byłem świadkiem kradzieży, więc nic o tym nie wiedziałem. Cieszyłem się natomiast w duchu z tego, że moi żołnierze nie byli głodni. Ponieważ karmiono nas słabo, zarządziłem w kompanii „ćwiczenia”. Polegały one na tym, że wyprowadzałem ludzi z obozu w pustynię, celem szukania i łapania żółwi. Żółwi było sporo i nikt przed Polakami nie zakłócał im spokoju i życia tj. dopóki nie zaczęliśmy „ćwiczeń wojskowych”. Żołnierze byli z tych wypraw bardzo zadowoleni, bo mieli możność podkarmienia się na własną rękę. Zupy z żółwi były doskonałe! Nie mając wiadomości o poruczniku Dremzie i wachmistrzu Koszykowskim – zacząłem ich szukać w Dowództwie Dywizji. Niestety bez rezultatu. Porucznika Dremzę spotkałem dopiero w Khanakinie, ale długo później, bo po powrocie z Palestyny do Iraku. Koszykowskiego, pomimo dużych starań, nie odnalazłem, ani w czasie wojny ani po wojnie. Do dnia dzisiejszego nie wiem co się z nim stało

Śmierć bohatera. Objęcie ósmej kompanii

Okres mojego pobytu w Kermine był krótki; nigdy jednak nie zapomnę momentów, w których byłem bardziej wstrząśnięty niż poprzednio. W Taszkencie widziałem trupy w ogrodzie i konających Polaków na ulicy. Widok przerażał mnie. To jednak, co widziałem w Kermine, wpłynęło najwięcej na mój pogląd na życie i ludzi. Kermine było stacją zborną Polaków, którzy przyjeżdżali z różnych stron Rosji, żeby zaciągnąć się do wojska. Ja przyjechałem do obozu w połowie lutego 1942 roku – prawie pół roku po wypuszczeniu mnie z więzienia. Transporty, które przywoziły ludzi do Kermine po mnie wiozły tych, którzy albo wcześniej byli zwolnieni, albo w tym samym czasie, co ja. Ja przeżyłem ciężki okres „wolności” w Rosji, ale byłem zdolny objąć od razu kompanię. Zdawało mi się, że nikt inny nie mógł przeżyć gorszych warunków, jak ja przeżyłem. Niestety – właśnie w Kermine zobaczyłem na własne oczy, że były tysiące Polaków, którzy ucierpieli więcej ode mnie; oni nie dożyli tej chwili, w której przywieziono ich do wojska. Pamiętam, jak pewnego dnia na bocznicę zajechał długi skład wagonów towarowych. Pociąg stał tam już od godziny i drzwi wagonów były otwarte – ale jeszcze nikt z tych wagonów nie wyszedł, pomimo, że były one przepełnione ludźmi. Tu i tam wynoszono ich i sortowano na tych, którzy jeszcze ruszali się i na tych, którzy już nie żyli. Tych, którzy zmarli zanoszono od razu do wspólnego grobu, gdzie układano ich ciała warstwami i posypywano wapnem. Nikt nie zapisywał ich nazwisk, nikt nie pytał się, skąd ci ludzie przyjechali, kogo o ich śmierci powiadomić czy tym podobne rzeczy. Jedną skrzynią (trumną) noszono ich do wspólnego grobu. „Trudno – myślałem (pocieszając się w ten sposób) – jest wojna, a to są straty wojenne”. I odszedłem, żeby nie patrzeć na nędzę ludzką. Ale w tym samym dniu, w pobliżu dowództwa, zobaczyłem człowieka siedzącego na ziemi. Skóra i kości – wyglądał jak trup; lecz przez przezroczystą skórę na odkrytych piersiach zobaczyłem jego serce, które wciąż jeszcze biło! Żył. Tym człowiekiem nikt się nie zaopiekował. Siedział trup na piasku z bijącym sercem w polskim obozie wojskowym. Siedział Polak, który resztkami sił dobił celu, ale żywi odwrócili się od niego i nikt się o niego nie zatroszczył. „Skandal – pomyślałem – skandal nad skandale”! I my Polacy, bohaterski naród, katolicy, którzy sławą okrywaliśmy się na całym świecie – tak bardzo zobojętnieliśmy w stosunku jeden do drugiego? Pozwalamy umrzeć człowiekowi na „naszej” ziemi bez podania mu łyżki wody?
Niezbyt zręcznie napisałem wiersz o tym człowieku pt. „Śmierć Bohatera” – ale do dzisiaj żałuję, że nie zrobiłem awantury o niego w dowództwie, że nie okryłem go własnym bateldresem i nie pochowałem go, kiedy zmarł, w osobnym grobie. Żal i rozpacz ściskały moje serce; śniłem często o tym „bohaterze” i sumienie gryzło mnie długo! Równocześnie zobojętniałem w stosunku do moich dowódców, przełożonych i w ogóle do władz Wojska Polskiego. Wyobrażałem sobie często siebie siedzącego na piasku, umierającego z głodu i wyczerpania i tysiące polskich żołnierzy, którzy przechodzili obok, nie zwracając na mnie uwagi. A ja nie miałem siły, żeby zawołać o pomoc.
Na szczęście mój pobyt w Kermine nie trwał długo. Po wyjeździe lotników otrzymałem rozkaz sporządzenia imiennej listy ludzi w mojej kompanii i przedstawienia jej w dowództwie. Poprosiłem szefa o zrobienie tej listy. Z początku nie wiedziałem, po co ta lista była potrzebna, ale po kilku dniach zjawił się w mojej kompanii kpt. Krajewski, który przedstawił się jako nowy dowódca batalionu (na razie dwu kompanii) i on właśnie przynosił wiadomość, że jego dwie kompanie, tj. siódma i ósma mają wyjechać z Rosji. Byłem bardzo podniecony tą wiadomością, ale nie zdawałem sobie dokładnie sprawy z tego, gdzie nas mogą wywieźć? Kapitan Krajewski też nie orientował się, kiedy to nastąpi i gdzie nas przerzucą. Niemniej lista musiała być złożona w dowództwie tak, jak rozkaz przewidywał. Niestety i z tą niby prostą sprawą – były problemy, a mianowicie: stan kompanii zmieniał się codziennie; byli chorzy, których trzeba wysłać do szpitala. Byli także ci, którzy wracali z izby chorych czy szpitala i trzeba było ich na listę dodatkowo wciągać. Starszy sierżant Łazarz, szef kompanii, przychodził do mnie kilka razy dziennie i pytał, co ma zrobić z takim czy innym żołnierzem, który albo wracał lub odchodził do szpitala. Kazałem mu robić nową listę, którą później wymieniałem w dowództwie z poprzednią. Trwała ta historia przez kilka dni, aż pewnego dnia otrzymałem rozkaz, żeby zebrać ludzi z ekwipunkiem i maszerować bez zwłoki na stację kolejową. Na stacji odczytano nazwiska z listy, przygotowanej przez starszego sierżanta Łazarza (aktualnej) i tylko ci, którzy byli na liście – mieli się ładować do wagonów. Okazało się, że w tym dniu wróciło dwu żołnierzy ze szpitala. Co miałem z nimi robić? Nie było ich na liście, więc nie mogli jechać z nami – powiedziano mi. Dowiozą ich następnym pociągiem Tak powiedzieli moi dowódcy, ale tego nie zrobili. Przydzielono tych ludzi do innych, nowo organizowanych kompanii siódmej dywizji. Po wielu latach, kiedy w siedemdziesiątym którymś roku pojechałem ze sztuką „Grube ryby” Bałuckiego z Leeds do Nottingham – jeden z tych żołnierzy, który musiał zostać w Kermine, przyszedł do mnie za kulisy z pretensjami, że ja go nie zabrałem z kompanią, kiedy wyjeżdżaliśmy z Rosji. Długo musiałem mu tłumaczyć, że nie z mojej winy to się stało. Dzięki Bogu po wyjaśnieniach rozeszliśmy się w przyjaźni! Była to jedyna okazja, kiedy z mojego zachowania się i postępowania w wojsku ktoś był niezadowolony. Miałem natomiast wiele innych okazji, w których moi podwładni okazali mi swoją wdzięczność za opiekę i troskę o nich.
Już w Kermine, kiedy nas łachmanami okrytych włóczęgów, chorych i niedołężnych – zrobili „wojsko”, sam mundur nie leczył ludzi. Pod mundurem mieli ukryte strupy, pęcherze na nogach i rany na ciele. Byli słabi, chorzy i nie dokarmieni. Ponieważ wiedziałem, co znaczy być głodnym – dlatego robiłem wszystko, co było w mojej mocy, żeby mój żołnierz tego głodu nie odczuwał. Po tygodniu lub dwóch, moja kompania nie miała wielu chorych. A kiedy szliśmy po nasze strawy do kuchni, marszem około 1 km i kiedy kazałem kompanii śpiewać – to aż przyjemnie było posłuchać, jak czysto i głośno rozbrzmiewały polskie piosenki na pustyni uzbeckiej. Wszyscy wokół przystawali i uśmiechali się do nas, patrząc z podziwem na ludzi, którzy zaledwie tydzień wcześniej nie mogli wygramolić się z wagonów bydlęcych, które je przywiozły do wojska. Kompania ósma śpiewa! Kompania maszeruje! Jeszcze kilku w kompanii kulało, ale i ci nie chcieli zostać w obozie, pomimo, że zaofiarowano im przynieść ich porcje do namiotów. Oni chcieli iść po swoje racje sami, chcieli maszerować, chcieli śpiewać i pokazać, że czuli się dobrze i byli szczęśliwymi. Trzymali się kompanii i ich dowódcy mocno i nie chcieli zostawać sami, żeby im kompania nie uciekła. Nie można więc dziwić się, że żołnierz, który został w Kermine, kiedy my ładowaliśmy się na pociąg, nie mógł zapomnieć przez lata o tym, że go zostawiono samego, bez kolegów i jego dowódcy. Pamiętam później, w Iraku i w drodze do Palestyny, kiedy musieliśmy maszerować daleko od obozu, Anglicy podstawiali nam dwa wozy ciężarowe dla chorych, z pęcherzami na nogach. Wozy miały jechać za nami. Kiedy powiedziałem moim żołnierzom o tym, że mogą skorzystać – nie było ani jednego ochotnika na „wygodną podróż”. Nikt nie chciał rozłączać się z kompanią, chcieli iść razem pomimo, że niektórym krew z nóg ciekła i rany niezmiernie bolały. Do końca naszej wspólnej podróży, tj. do Palestyny, nie straciłem ani jednego żołnierza. Nawet chorzy nie chcieli iść do szpitala, żeby ich nie rozłączyć z kompanią. A później, po kilku latach, miałem jeszcze przyjemność spotkać niektórych moich żołnierzy. Szukali mnie i znaleźli, żeby podziękować za opiekę nad nimi. Dlatego okres od czasu objęcia ósmej kompanii w lutym 1942 roku w Kermine do przybycia do Yibnej w Palestynie, z końcem tego roku, był dla mnie najprzyjemniejszym i najlepszym okresem z czasów wojny. Czułem się zadowolony z tego, że – wprawdzie nie mogłem odwdzięczyć się Dremzie, Koszykowskiemu i Bachowi za ich wspaniałe serca – zrobiłem tyle, ile mogłem, żeby jak najwięcej okazać tego serca moim podwładnym. Ze łzami żegnali mnie, kiedy wyjeżdżali do Szkocji. Strzelec Sońko, jeden z mojej kompanii, kiedy po wielu latach spotkałem go w Leeds, chciał mnie w rękę pocałować, kiedy witałem go serdecznie. „Pan uratował nam życie” – mówił ze łzami w oczach. Było mi przyjemnie widzieć go zdrowego.

Józef Kazimierz WISZ

Józef Kazimierz Wisz – urodził się 19 marca 1915 roku w Przemyślu. Syn Stanisława i Bronisławy z domu Kondrat. Pierwsze lata jego edukacji to prywatne lekcje, później został wysłany do szkoły jezuitów w Chyrowie. Następnie uczęszczał do Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego w Przemyślu. W 1938 roku ukończył szkołę podchorążych w Jarosławiu. Studiował pedagogikę we Lwowie. W czasie wojny znalazł się w Związku Radzieckim, tam był więziony i zesłany na Syberię. Z armią Andersa przeszedł cały szlak bojowy, przedostał się do Palestyny, walczył na Zachodzie. Był lotnikiem dywizjonu 300. Po wojnie pozostał na Wyspach Brytyjskich. Pracował jako kierowca autobusowy i mieszkał w Leeds. Pod koniec swojego życia poświęcił się pracy społeczno-kulturalnej na rzecz Polonii. Zmarł 30 listopada 2001 roku w Leeds i tam został pochowany. Jego wspomnienia zostały udostępnione „Recogito” przez rodzinę Zmarłego.


 

© Recogito, Rafaliga