Wielcy aktorzy i polski oddział piekła
Krzysztof Zanussi, twórca "Iluminacji"
i "Roku spokojnego słońca", 7 marca 1986 roku w paryskim
Centrum Dialogu mówił na temat demokracji i kultury. Po prelekcji
odpowiadał na pytania z sali.
- [Głos z sali:] Jaki jest Pan jako reżyser?
- Nie wiem, jaki jestem naprawdę. Moi współpracownicy, gdybym
wyszedł z sali, może by powiedzieli prawdę. Człowiek sam nie wie,
jaki jest. [...] Moje szczęście jednak, że debiutowałem w warunkach
socjalistycznych luksusów. Swój pierwszy film "Struktura
kryształu" robiłem trzy miesiące. Film trwa godzinę i czternaście
minut. Mogłem wiele scen kręcić po dwa razy, wahać się, drapać
się po głowie... Dzisiaj, po kilkunastu latach zawodowej pracy,
zdarza mi się pracować w tak strasznej nędzy, potwornym pośpiechu,
że nie mam sekundy czasu ani prawa do najmniejszych wahań. Jak
zrobię błąd, to on zostanie, nie mogę się pomylić. Szczęśliwie,
że mnie się to w tej kolejności zdarzyło, bo większe nieszczęście
[jest wtedy], kiedy zupełnie nie przygotowani, nie doświadczeni
młodzi ludzie muszą kręcić filmy w warunkach stresu, potwornych
ograniczeń, bardzo niewielkich pieniędzy. A tak się robi dzisiaj
wszystkie filmy ambitne. Czy to René, czy to robi Antonioni, każdy,
kto chce zrobić coś ambitniejszego, musi to zrobić szybko i tanio.
Żeby pracować szybko i tanio, trzeba mieć bardzo dużo doświadczenia.
Dopiero po latach można zaryzykować taką szarżę i robić wszystko
prawie że po omacku, na ślepo, licząc, że nas intuicja i rutyna
nie zawiodą. To się bardzo zmieniło w latach mojej pracy. Najdłużej,
z filmów normalnej długości, kręciłem "Iluminacje".
Miałem mnóstwo wahań, nakręciłem masę materiału, który do filmu
nie wszedł. Był to najśmielszy film w moich poszukiwaniach formalnych,
narracyjnych. [...] Nie mogłem znaleźć do tego żadnego modelu,
więc szukałem formuły językowej, własnej. Dziś takiego filmu nigdy
nie pozwoliłbym nakręcić. Nie ma miejsca [na taki film] ani w
Polsce, ani za granicą, tak daleko nie mógłbym pójść. [...]
- [Głos z sali:] Co Pan sądzi o polskich aktorach?
- Jeśli chodzi o polskich aktorów, wszelkie uogólnienia są kłopotliwe.
[...] Próbowałbym raczej powiedzieć, co odczuwam jako charakterystyczne.
Nauczyłem się pracować i wychowałem się z świetnymi polskimi aktorami.
Nasza czołówka aktorów zawsze była fenomenalnie dobra. Zawód aktora
w Polsce był zawsze zawodem godnym, poszukiwanym. Ludzie są dumni
z tego, że są aktorami. Myślę tutaj o wielkich aktorach. Są kraje,
gdzie bycie aktorem, nawet wybitnym, nie jest przedmiotem społecznego
uznania czy poszanowania. W tych krajach dużo trudniej się zostaje
aktorem. Zostają aktorami ludzie o specyficznej strukturze psychicznej.
Pracuję w Niemczech i widzę tam ten problem i nad nim boleję.
Tam szalenie trudno znaleźć zwykłego, optymistycznego, młodego
człowieka, którzy chciałby zostać aktorem. Jak patrzę [tam] na
młodych aktorów, to każdy ma jakiś straszny garb, potworny kompleks,
z czymś walczy, świata nienawidzi i dlatego został aktorem. Normalnie
byłby biznesmenem. W tym sensie w Polsce narybek aktorski jest
bardzo bogaty, jest wiele rozmaitych typów ludzkich, bo to jest
dobra kariera. Jak się komuś powiodło, to komu się lepiej wiedzie,
jak nie Olbrychskiemu czy Sewerynowi? [...]
Z drugiej strony, bardzo smutną sprawą jest polska średnia aktorska.
W ogóle jest to chyba cecha, nawet nie kultury, ale naszego sposobu
życia. My w żadnej materii nie mamy dobrej średniej. Dobrych szewców
też nie ma. Szewc jest albo geniusz, albo knot zupełny. Aktorzy
także. Solidnych średnich aktorów, którym można okno otworzyć
a nie wylecą, wstydu nie przyniosą, takich nie ma. Będzie wstyd,
jak się [jakiś] odezwie... albo jest geniusz i okna nie otworzy
a wyfrunie. To jest w polskiej literaturze, to jest chyba cecha
polskiego temperamentu i umysłu. To, co jest w Polsce straszne,
to okropnie posunięta demoralizacja pracy. I w aktorstwie się
to czuje. Jeżeli ktoś narzeka, że w żadnym polskim teatrze nie
ma gwarancji solidnego spektaklu, oczywiście to samo dotyczy każdego
produktu, który wychodzi z taśmy. To się dostało do kultury i
to jest wielkie nieszczęście. Jak kultura miałaby się przed tym
bronić? Jest to najgorszy proces dekompozycji, utraty wartości
narodowych. Ludzie [w teatrze] pracują tak samo jak przy taśmie,
pracują fatalnie, pracują źle, dlatego, że przychodzą nietrzeźwi
na przedstawienie, bełkoczą Szekspira i nikt nie rozumie, co mówią,
plączą teksty i zapominają je. To się niestety powszechnie dzisiaj
zdarza. Morale pracy w teatrach jest bardzo niskie, jest skandalicznie
niskie. Nie można się ubłagać aktorów, [żeby przyszli] na próby.
Pracując na Zachodzie jestem rozpuszczony. Aktorzy 15 minut przed
próbą są już gotowi. [...] To jest nie do pomyślenia w naszym
kraju. Bo muszą się gdzieś zwolnić, bo gdzieś indziej zarabiają
pieniądze. To jest dosyć straszne. Mam do tego stosunek bardzo
uczuciowy. Nie umiem tego podsumować. Wspaniale pracują polscy
aktorzy za granicą, to jest nadzwyczajne. Jak mi się uda wpakować
polskiego aktora za granicą, to rzeczywiście tak znakomitej dyscypliny
i tak znakomitego oddania się nigdzie się nie znajdzie. A talenty
bywają fenomenalne. Ludzi pokroju Zbyszka Zapasiewicza, Maji Komorowskiej
- mówię o swoich ulubionych aktorach - czy ludzi takich jak Świderski,
z którym tylko raz pracowałem, rzeczywiście niełatwo jest znaleźć.
Są to aktorzy wielkiego kalibru. I tylko język powoduje, że nie
są tak powszechnie uznani i tak powszechnie cenieni, jak by na
to zasługiwali. Technicznie są to ludzie na najlepszym światowym
poziomie.
[...]- [Głos z sali:] Dużym powodzeniem cieszy się za granicą
Teatr Kantora. Jaki jest jego status w kraju?
- Chętnie powiedziałbym, że [koledzy] nie mają mu [tego] za złe,
ale tak nie jest. Mają mu za złe. Pozostaje tylko powiedzieć to,
co wszyscy wiemy o Polakach. Jest to stary smutny żart. Polski
oddział piekła jest oddziałem samoobsługowym. My to wiemy i to
jest sprawa, która ma już wymiar i polityczny, i moralny, jest
to sprawa wielkiej wagi dla Polski i dla całej polskiej społeczności.
To, co w biologii nazywają agresją wewnątrzgatunkową, w poczucie
pewnego niespełnienia, w poczuciu frustracji, w poczuciu niezadowolenia
z życia i przy opadającej temperaturze to się nasila i to się
staje czynnikiem szalenie degradującym Polaków. Ja to szalenie
mocno czuję w kraju i czuję na emigracji. To jest bardzo dramatyczne
zjawisko. To jest z roku na rok mocniejsze, to zdecydowanie narasta
w siły i trzeba czekać na jakiś moment katatyczny, że znowu, nagle,
sami się zdumiejemy, że słowa Mickiewicza o lawie są trafne [...].
To, co po wierzchu widać, jest często tak smutne i żałosne. To
wzajemne wypominanie sobie wszystkiego i to ukierunkowywanie całej
agresji - jeden przeciwko drugiemu - i to są najczęściej ludzie
sobie bliscy, ludzie z własnych obozów, bliskich sobie orientacji,
ci ludzie najwięcej pretensji przeciwko sobie wnoszą. Jest to
cecha, która niestety ma wielką tradycję historyczną, sięgającą
w wiek XIX. Dzisiaj to najbardziej ciąży nad naszym narodem...
Mówię o tym patetycznie, ale jestem szalenie tym przejęty i gryzę
się w język, kiedy czuję, że ulegam tej samej emocji. Emocji,
w której chce się powiedzieć źle o bliźnim, żeby tą smutną drogą
trochę zrekompensować generalne niezadowolenie ze świata i z własnego
życia. To jest w ogromnym stopniu wielki polski dramat. To w kulturze
bardzo mocno się odczuwa. Oczywiście, można tutaj mówić o moralizującej
roli Kościoła, o tym, co może zrobić jakaś mądra refleksja. Potencja
w tym kierunku jest olbrzymia. Ludzie z upodobaniem drą się, kłócą,
plują na siebie wzajemnie i tylko patrzeć, jak diabeł zaciera
ręce.
- [Głos z sali:] Patrząc na swoją twórczość i na swoje pierwsze
filmy, czy Pan ma takie odczucie w stosunku do nich, że obecnie
trzeba by w nich coś zmienić? Czy chciałby Pan je inaczej zrobić?
- To jest kwestia wewnętrznej higieny. Ja nie myślę o tym. Bardzo
nie chcę wracać do swoich dawnych filmów. Wiem, że w nich są tysiące
błędów, boję się je oglądać. Mam je teraz na kasecie i jeszcze
sobie nie puściłem żadnego [filmu], bo co zacznę oglądać, to wyłączam,
bo się denerwuję. Po prostu jest coś takiego... z jednej strony
jakiś taki narcyzm, że chcemy się ucieszyć tym, co za nami, a
potem nagle się okazuje, że to nic nie warte, że to najlepiej
zostawić. [...] Wolę nie patrzeć wstecz, ale też nie mam takiego
poczucia, żebym się bardzo wstydził albo żebym czegoś chciał się
zaprzeć. Mam nadzieję, że niczego takiego nie zrobiłem, o czym
bym zapomniał, a czego należałoby się wstydzić. Jeżeli nie mam
poczucia - jak to się mówi nowym slangiem - dania plamy, to już
dobrze. Powinienem się cieszyć, nie ma co do tego wracać, raczej
myślę o tym, żeby zrobić coś na nowo i nie powtórzyć starych błędów.
[...]
Krzysztof Zanussi. Urodził się w 1939 roku
w Warszawie. Studiował fizykę na Uniwersytecie Warszawskim, filozofię
na Uniwersytecie Jagiellońskim i reżyserię w Państwowej Wyższej
Szkole Teatralnej i Filmowej w Łodzi. Wyreżyserował m.in. takie
filmy jak "Śmierć prowincjała" (1966), "Struktura
kryształu" (1969), "Za ścianą" (1971), "Iluminacja"
(1973), "Barwy ochronne" (1976), "Spirala"
(1978), "Constans" (1980), "Z dalekiego kraju"
(1981), "Imperatyw" (1982), "Rok spokojnego słońca"
(1984), "Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest..." (1988),
"Życie za życie. Maksymilian Kolbe" (1990), "Brat
naszego Boga" (1997). Jest członkiem Europejskiej Akademii
Filmowej i laureatem wielu międzynarodowych nagród, m. in. w Wenecji,
Chicago, San Remo, Locarno, Cannes, Moskwie i Berlinie. Współpracował
z wieloma teatrami w Polsce i na świecie. Opublikował: "O
montażu filmowym w filmie amatorskim" (1968), "Rozmowy
o filmie amatorskim" (1978), "Un rigorista nella fortezza
assediata" (1982).
|

Na zdjęciu:
Krzysztof Zanussi
z żoną
(paryskie Centrum
Dialogu, 1986)
Fot. Witold Urbanowicz
|