Z internetowej
Poczty
Prawa demokracji
[...] W zasadzie nie wiem wiele o polskiej kulturze "in
South Africa". Prawdopodobnie jest około 20 tysięcy osób
polskiego pochodzenia, które zasymilowały się z "afrikaans",
czyli holenderską kulturą, w przeciwieństwie do brytyjskiej ("british").
Osobiście znam jedną polską kobietę tylko dlatego, że poślubiła
kogoś, kto pracuje w mojej firmie. Jest to emigracja z 1981 roku.
Wiem także, że istnieje jeden polski kościół w Norwood (suburb
of Johannesburg). O wiele silniejsza jest emigracja z Niemiec,
Anglii i Francji. Ja sama przyjechałam do Południowej Afryki w
1995 roku, a więc kiedy Mandela był już prezydentem.
Przyjechałam z Francji, do której emigrowała moja rodzina z Polski.
Przedtem mieszkałam w Paryżu. Przyjechałam tu na 3 miesięczny
kontrakt, ale zostałam aż 5 lat, gdyż jest to naprawdę niesamowity
kraj, nie tylko pod względem etnicznym. [...] Jest to kraj dający
wiele wolności i wiele możliwości, dający szanse dla przybyszów,
zapewniający niesamowity standard życia, no i pogodę. Ja należę
do Synagogi, w której jest jeszcze parę osób mówiących po polsku,
ale to rzadkość. Jeśli liczyć żydowską populację pochodzącą z
Polski, to liczy ona około 80 tysięcy. Pochodzą oni głównie z
Wilna i okolic, ale także z Krakowa i innych miejsc w Polsce.
Moja rodzina pochodzi częściowo z Warszawy. [...]
W zasadzie jest mi ciężko porównać to, co było, z tym, co jest,
jako że nie mieszkałam w RPA w czasie "appartheidu".
Rząd próbuje wprowadzić tak zwana "affirmative action",
gdzie każda firma musi zatrudniać około 75% czarnej populacji,
a reszta jest podzielona między białymi: "asians" ("chinese
and indians") i "coloreds" ("mixed white+black").
Bardzo ciężko jest zaadaptować się czarnej populacji do nowoczesności,
jaka jest przyniesiona przez zachód. Nie można mierzyć "appartheidu"
zachodnimi miarami. Ludzie chcą naprawdę lepszych warunków życia
a obecny rząd nie wypełnił przyrzeczeń. Czarna populacja jest
tym trochę rozczarowana. Dlatego też wielu z nich głosuje z powrotem
na białe partie. Na przykład cała południowa prowincja jest zarządzana
przez "białą" partię... i ta partia wygrała już drugie
wybory. Tutaj zawsze będzie podział na kolory... będą "białe"
i "czarne" partie, chociaż za wszelką cenę próbuje się
to wyrównać a raczej zastąpić wszystkim co czarne. Wszystkie rządowe
posady są zajęte przez czarną populację. Nie ma tego jeszcze w
biznesie, prywatny sektor jest nadal w rękach białych, chociaż
próbowano przeprowadzać wiele reform i próbowano zmusić wiele
firm do oddawania "władzy" w czarne ręce. Wiele firm
zrobiło tak... żeby być widzianymi jako "czarne" firmy,
ale to nie działało i większość z tych firm zbankrutowało. jeśli
spojrzeć z punktu widzenia mniej politycznego a z punktu widzenia
człowieka na ulicy to: kelnerskie prace są wykonywane przez czarnych,
czyszczenie przez czarnych, praca w Mc Donaldach i innych "fast
foodach" przez czarnych, na stacjach benzynowych przez czarnych,
praca w fabrykach - czarni, praca w recepcji - czarni, praca ogrodnika
- czarni itd. Wszędzie, gdzie nie wymagane są kwalifikacje, pracują
czarni. Jest wiele zawodów, jakie nie istnieją w Europie, na przykład
"tea lady" (osoba w firmie, która nic innego nie robi,
tylko na zamówienie przynosi herbatę lub kawę)
Wszystkie domy białych, a także bogatszych czarnych, zatrudniają
"domestic workers", a więc ogrodników i służące. Ja
także mam służącą i ogrodnika [...], stosunki z nimi są dość dziwne
jak na europejskie warunki. Oni stają się jakby rodziną, na przykład
na Boże Narodzenia robi się im prezenty, wysyła się ich na kursy,
czasem się je z nimi i słucha ich opowieści, dzieli się z nimi
tym, co się ma... Oni sami stają się bardzo przywiązani. Mój ogrodnik
na przykład, kiedy go poprosiłam o wymalowanie bramy, powiedział,
że zrobi to za darmo, gdyż ja jestem jak jego rodzina.
Jestem tu wciąż outsiderem i dopiero uczę się tego kraju, który
zdumiewa mnie każdego dnia. Jeśli chodzi o moją znajomość kultury
słowiańskiej, to jest dość duża... Kiedyś studiowałam slawistykę
na Uniwersytecie Warszawskim (1990-1991) i na Sorbonie (Paryż).
Studiowałam także serbsko-chorwacki, ale po wyjeździe do Jugosławii
w trakcie wojny zrezygnowałam ze studiów i zmieniłam to na rzecz
księgowości. Co jeszcze mogę dodać o sobie... Mam 30 lat i za
sobą pierwszy kryzys związany z moim wiekiem. [...]
*
Z dużym zainteresowaniem przyjrzałam się pismu [...]. Nigdy nie
słyszałam na temat Centre du Dialogue a pismo, które czytałam
i miałam więcej kontaktu, nazywało się "Kultura".
[...] Jedno mogę dodać, będąc przedstawicielką generacji X: mój
punkt widzenia na wiele spraw może odbiegać od normy... jeśli
jakaś norma w ogóle istnieje. Także będąc osobą niegdyś związaną
bardziej z "Kulturą", w sensie "art", wydaje
mi się, że mój punkt widzenia na wiele bardziej filozoficznych
tematów zmusza mnie do bycia bardziej obiektywną (jako że przekroczyłam
próg "sztuki dla sztuki"). I tu raczej nawiązuje do
tekstu pana Zanussiego. Myślę, że epoka, gdzie sztuka nadawała
kształt przyszłości, dawno minęła... Dzisiaj technologia buduje
przyszłość, a sztuka powinna być rozrywką. Hm, może głupszą i
głupszą z czasem, może bardziej bierną... ale nawet patrząc na
siebie, jak ja się zmieniłam w czasie, widzę, że w sumie nie mam
siły po pracy iść i oglądać w kinie "art", filmu produkcji
irańskiej o człowieku, który szuka butów lub też innych podobnych
filmów. Oczywiście istnieją wyjątki... ale nawet ostatni film
Emira Kusturicy (którego bardzo cenię) wydał mi się płytki i o
niczym ("Bela macka, crna macka"). Może też z afrykańskiej
perspektywy problemy młodego cygańskiego pokolenia w byłej Jugosławii
wydają się być bez znaczenia. Ale jeśli sztuka miała być naszym
między-kulturowym językiem, może powinniśmy szukać tematów, które
są bardziej zrozumiale na każdym kontynencie.
Ostatni ważny punkt o sztuce... musi płacić za siebie, tak jak
każda ludzka aktywność. Więc filmy muszą się dać oglądać i być
zrozumiałe dla mas, takie są prawa demokracji, takie są prawa
rynkowe. Nikogo już dzisiaj nie obchodzi problem wyrażenia się
jakiegoś artysty. Van Gogh prawdopodobnie zamiast malować skończyłby
na wizytach u psychiatry. Jedyni wizjonerzy jacy się naprawdę
liczą siedzą za komputerem, i to także jest forma sztuki i twórczości...
skupionej po prostu na czymś innym. Jak to ktoś powiedział "make
money and everything will follow" ("zarób pieniądze
a wszystko inne przyjdzie samo"). Można powiedzieć metoda
Spilberga i wielu autorów którzy zaczynali w filmach seryjnych
a później było ich stać na coś bardziej ambitnego, co może nie
dawało radości rzeszy publiki, ale przynajmniej dawało im radość
spełnienia się. [...]
Shoshana
mo_ma_za@yahoo.com
Powrót do Ojczyzny
[...] W obskurnej części jednego z nowojorskich cmentarzy jest
zapomniana żołnierska mogiła tragicznie zmarłego Generała Brygady
Bolesława Wieniawy Długoszewskiego. Dla tych co go znali osobiście
i zapomnieli, nie ważnym jest gdzie jego prochy się znajdują.
Dla tych co o nim tylko słyszeli to też obojętne. Natomiast dla
Polski i przyszłych pokoleń ludzie pokroju Wieniawy nie mogą ulec
zapomnieniu. Prochy Generała winny być zwrócone Ziemi Ojczystej
gdzie należny szacunek dla pamięci tego człowieka zostanie oddany.
Oddany zgodnie z Polskimi zwyczajami i z Polską tradycją. Zwracam
się do wszystkich, którym ta tradycja przemawia do serca aby w
swoim zakresie sprawę przeniesienia prochów Generała Wieniawy
odpowiednio nagłośnili w swoich środowiskach. Poprzez działania
w sferach kultury, w sferach historii, w sferach wydawniczych
i innych w wielkim stopniu oddziaływujecie Państwo na świadomość
społeczną w Kraju jak i za jego granicami. Nie zapomnijmy, że
Ojczyzna to ziemia i groby? Zwróćmy Ojczyźnie prochy Generała
Wieniawy Długoszewskiego. Jako Naród nie pozwólmy o nim zapomnieć,
bo "Narody tracąc pamięć, tracą życie". [...]
Michael R. Milford
71-17 Harrow Street
Forest Hills, New
York 11375 USA
pmilford@monmouth.com
Polacy w Turkmenistanie
[...] Polacy zamieszkiwali na terenie dzisiejszego Turkmenistanu
od końca 18 wieku. To byli głównie zesłańcy i żołnierzy. Z czasem
powstały liczne rodziny, osiedlone tu na stale. Najdalej w głąb
wieków sięga informacja o zesłanych do fortu Aleksandrowskiego
uczestników Barskiej Konfederacji. Jedyna osoba z dawnych Polaków
w Turkmenistanie, o której wiemy konkretnie, to pani Antonina
Ancuta, która urodziła się o prawie 100 lat później, w Aszchabadzie
16 listopada 1887 roku. Jej ojciec Stefan Ancuta był wojskowym
weterynarzem. Matka Maria z domu Komocka pochodziła z Mińska.
Antonina skończyła gimnazjum w Taszkencie. W 1912 roku w Grenoble
dostała dyplom inżyniera elektryka - na ile wiemy, to była pierwsza
polska kobieta - elektryk. W 1914 roku pracowała na statku wojennym
jako inżynier elektryk. Niestety ona już nie żyje, ale jej córka
mieszka w Kanadzie. Dla czego tak się stało, skąd jej rodzina
okazała się tak daleko od Polski? Polityka caratu w stosunku do
Polaków pobieranych w wojsko polegała na tym żeby wysłać żołnierzy
jak można dalej. W skutku tego 50% żołnierzy i 15% oficerów w
byłym obwodzie Zakaspijskiem (późniejszym Turkmenistanie) byli
Polakami. Z posiadanych danych wynika ze pierwsza liczna grupa
Polaków przybyła do Turkmenistanu po powstaniu styczniowym w 1863
roku. Zesłańcy pracowali przy budowie kolei o długości 700 km,
łączącej Krasnowodsk z Aszchabadem. Druga grupa przybyła w 1903
roku i została skierowana na budowę fabryki szkła w Aszchabadzie,
w której później pracowali. W 1908 roku tylko w samym Aszchabadzie
na 60 tysięcy mieszkańców było 5 tysięcy Polaków. Jak podaje F.
Siorek w szkicu "Przyroda, ludność i stosunki gospodarcze
Turkiestanu". na terenie przyszłego Turkmenistanu w 1910
roku zamieszkiwała najliczniejsza w Centralnej Azji grupa Polaków
- kilkunastu tysięcy. Przeważnie osiedlali się tu były żołnierze
i kolejarze. Polacy wyróżniali się pracowitością, schludnością
i oszczędnością, wielu z nich dorabiało się do majątku, kupowało,
lub budowało własne domki z ogrodami i winnicami. Wszyscy, bez
wyjątku, prowadzili życie dostatnie. ("Polacy w kraju Zakaspijskiem",
Warszawa 1931) W pięciu spośród siedmiu miast: Aszchabadzie, Krasnowodsku,
Czardzou, Kyzyl-Ar
|
|