Cyrk się pali
Sytuacja człowieka pragnącego dzisiaj mówić o Bogu jest podobna
do biednego błazna z opowieści Kirkegaarda o wędrownym cyrku.
Opowieść jest taka: W pewnym cyrku duńskim wybuchł pożar. Przerażony
właściciel wysłał ustrojonego do występu błazna z gwałtowną prośbą
o pomoc. Zwłaszcza, że cyrk stanął opodal wsi i powstało niebezpieczeństwo
natychmiastowego przeniesienia się ognia. Kuglarz pobiegł co tchu,
wpadł pomiędzy domy i zaczął wołać o ratunek. Ale chłopi uznali
nawoływania za chwyt propagandowy. Otoczyli błazna kołem, klaskali
w dłonie i śmiali się do łez. Zrozpaczony błazen przysięgał, że
to żaden trik, ze naprawdę cyrk się pali. Jego krzyki wywoływały
nowe kaskady śmiechu. Nikt nie pospieszył z pomocą i, jak powiada
filozof, zarówno cyrk jak i wieś spłonęły.
Nie jestem pierwszy, kiedy tę alegorię stosuję do religii. Podobna
interpretację znalazłem u Harvey Coxa w jego słynnej już dzisiaj
książce "Thé Secular City". religijne tłumaczenie przypowieści
wziął na swoje konto także teolog katolicki, Joseph Ratzinger,
w "Einführung in das Christentum".
Istotnie, porównanie nasuwa się samo. Dla wielu ludzi Kościół
wygląda dzisiaj jak: płonący cyrk. Budowla kościelna, do niedawna
tak trwała i przejrzysta, została nagle objęta niszczącym pożarem.
Jakaś zasadnicza niemożność mówienia o Bogu sprawia, że ci którzy
niejako zawodowo mają Go głosić, są podobni do zrozpaczonych błaznów.
Jakoby sprawy religijne zeszły do rzędu kuglarskich sztuczek,
na które nikt nie ma więcej ochoty.
W tym wszystkim zastanawia mię najbardziej następujący paradoks:
z jednej strony spokojne przekonanie widzów, że ogień, jeżeli
już płonie, dotyczy tylko cyrku i jego właścicieli; z drugiej
strony niesłychane przerażenie ludzi Kościoła, że budowla naprawdę
się spali, grzebiąc w swoich zgliszczach całe niebo razem z Panem
Bogiem. Kto wie, może w tej sprzeczności leży źródło dzisiejszego
kryzysu?
Bo najpierw co to znaczy przyjdąć w sprawach religijnych postawę
widza? Znaczy to wymyślić trzecią hipotezę w stosunku do Pana
Boga. Dotychczas przyjmowano dwie możliwości: albo Bóg jest, albo
Boga nie ma. W tym wypadku nie chodzi o zajmowanie stanowiska
na temat ich prawdziwości. Chciałbym tylko podkreślić, że ponieważ
Bóg nie stoi przed człowiekiem jak drzewo przy drodze, ponieważ
nie jest oczywisty, istnieją. racje, aby starać się usprawiedliwić
i jedną i drugą postawę. Natomiast trzecia hipoteza głosi: Bóg
jest dla niektórych. Istnienie Boga sprowadza się do zamkniętego
rezerwatu. W takiej supozycji religia staje się światem dla siebie,
domeną własną, rodzajem getta dla oznaczonej grupy ludzi. Otóż
sądzę, że jest to hipoteza absurdalna, której nie da się w żaden
sposób uzasadnić. Na zdrowy rozum: przecież Bóg w żadnym wypadku
- bez względu na to czy rzeczywiście istnieje, czy nie - nie może
być wyobrażony jako Bóg dla niektórych. Jeżeli jest, Jego istnienie
w równej mierze dosięga wszystkich, jeżeli Go nie ma, wszyscy
jesteśmy naznaczeni Jego brakiem. Wszyscy w tym samym stopniu
jesteśmy skazani albo na działanie, albo na pustkę Boga. Postawa
widza jest czystym nie-sensem.
A z drugiej strony, co oznacza przerażenie biednych błaznów?
Niech mi będzie wolno powiedzieć jasno, że odwołuję się do alegorii
Kirkegaarda bez cienia ironii. Sam jestem błaznem i dzień po dniu
przeżywam dramat wspólnego losu. Wiem co to znaczy stanąć przed
murem niemożności przekazania posłannictwa, które uważa się za
jedyną rację swojego życia. Wiem też co dzieje się z klarowną
budowlą, którą zawsze uważałem za własny dom. To, co mnie niepokoi,
to rozmiary przerażenia. Czyżby naprawdę uznano, że Panu Bogu
zagraża niebezpieczeństwo? Nie mogę pojąć mentalności wyrażającej
się w przekonaniu, że obowiązkiem człowieka wierzącego jest tworzenie
wspólnego frontu obrony Pana Boga. Posunąłbym się do twierdzenia,
że jest to mentalność pogańska, rozbijająca elementarne perspektywy
wiary. Bo co to znaczy bronić Pana Boga? Znaczy to zrezygnować
z myśli, że jedynie Bóg może człowieka bronić. Chrześcijaństwo,
jeżeli cokolwiek rozumiem z jego istoty, polegało zawsze na przeświadczeniu,
że zbawienie, czyli obrona człowieka może przyjść tylko i wyłącznie
od strony Boga. Bóg zagrożony, potrzebujący propagandy jest z
punktu widzenia wiary hybrydą wytworzoną przez umysły bałwochwalcze.
Sądzę, że człowiek, który byłby dogłębnie przekonany, że bez jego
obrony zacznie Bogu zagrażać niebezpieczeństwo, nie ma prawa nazywać
się chrześcijaninem.
Józef SADZIK SAC
Józef Sadzik (1933-1980) był absolwentem
uniwersytetów we Fryburgu szwajcarskim i Monachium. We Francji
osiadł na stałe w 1962 roku. Założył w Paryżu polsko-francuskie
wydawnictwo i Centrum Dialogu. Prezentowany tekst zachował się
w maszynopisie. Nie posiada żadnego tytułu, daty ani adnotacji.
Osobie i dziełu ksiądza Sadzika został poświęcony szósty numer
"Recogito".
|

Na zdjęciu:
Autor tekstu
Fot. G. Marant
|