Ono

O nowym (+/–) tomie – a chodziło o Stan nasycenia – w roku 2011 nie udało mi się napisać. Nie tylko dlatego, że bywają sytuacje bardziej w sensie fizycznym bez wyjścia niż śmiertelna choroba. Świadomość, jaki jest stan rzeczy, nieraz wytrąca z ręki przysłowiowe pióro i przeszkadza bardziej niż kataklizm. Podobnie jak nie powstał – oczekiwany, przez autora Świata widzialnego kilkakrotnie wspomagany specjalnymi zachętami – komentarz do jego erotyków, tak nie było postscriptum do ofiarowanego przez niego w czerwcu 2000 roku wiersza1. Mimo obietnic nie czułem się na siłach, nie potrafiłem skomentować utworu powstałego zapewne z potrzeby chwili. W sumie były to przypisane mi, a nie wypowiedziane przeze mnie słowa.
Istnienie? Z pewnością – w jego przypadku szczególnie – objawiało się poprzez jego wiersze. Najpełniej. Najostrzej. Najczęściej łącząc przeciwstawne bieguny i jakby wykluczające się sensy. Ono nie ma dzieci ani męża, ani żony, a jednocześnie obejmuje tysiąc i jeden drobiazgów. I to ono – a nie na odwrót! – musiało, nie mogło, właściwie nigdy nie może czekać, bo ścięte / sprzedane, kupione, dane, podobnie jak marzenia, pielęgnowane czy niepielęgnowane, rozkwitające czy przekwitające kwiaty stygną w wazonie, tracą swoją woń, czar i urodę. Nie ma doskonałego świata ani doskonałego przekazu, perfekcyjnego języka, a przecież tylko w słowie, w paraboli czy poetyckiej metaforze, niemalże jak palimpsest, chociaż nie od razu, również to, co ukryte, co wyłącznie poprzez ściśle zsynchronizowaną, doskonale zgraną czy mistrzowsko zharmonizowaną a jednocześnie w tajemniczy sposób zespoloną formę i treść, właśnie poprzez wiersz z całą siłą zaczyna do nas przemawiać.
Latem 1830 roku, chcąc złapać oddech, pragnąc oddać się innego typu dociekaniom niż zazwyczaj, Heinrich Heine uciekł na najbardziej od stałego lądu oddaloną niemiecką wyspę. Zabrał ze sobą Biblię, dzieła Homera, „kilka starych tomiszcz na temat czarownic”2 i średniowieczną Historię Longobardów. Spacerował brzegiem morza, wiele czytał i wciąż rozmyślał. W Listach z Helgolandu pisał o amerykańskiej wolności, angielskim ustroju, francuskich zwyczajach i niemieckich, a raczej berlińskich mieszczanach, którzy – przenosząc się z wysypy na wyspę – szukali nowych podniet. Mimo wszystko nie potrafił się uwolnić od tropiących go demonów i dokuczliwych myśli. Nie dawały mu spokoju rozmaite sprawy, jak i poglądy, głównie Ludwiga Börne, bo z nim na odległość zaocznie się spierał. Nie należał do tych, którzy potrafią wyłączyć się, zamknąć w sobie. Wiedział, że żaden poeta nie jest w stanie odseparować się od rzeczywistości, a zarazem musi zachować dystans. Nie może być człowiekiem bujającym w obłokach, lecz też musi umieć połączyć odmienne żywioły. Poprzez swoje dzieła próbuje udowodnić, że „przetapiane niejako w tyglu słowa człowieczego” czy „oczyszczane w pewnym procesie duchowym”3 strofy, są – jak każdy natchniony tekst – niczym rozległe drzewa albo morskie odmęty, a zarazem są ponad tym, co wiąże nas z naturą.
„Poezja w ogóle wynika z pewnej wewnętrznej samotności, niemal niezależnej od sytuacji zewnętrznej. Z pewnego rodzaju milczenia”4 – przekonywał w 1992 roku Maciej Niemiec. Właściwie, od momentu, kiedy się poznaliśmy, nie miałem wątpliwości, że należy do tych nielicznych, którzy potrafią – najprościej rzecz ujmując – oddać piękno i grozę istnienia. Potrafią mówić a jednocześnie milczeć… Z polskich poetów tę umiejętność posiedli nieliczni, niewątpliwie Norwid, Białoszewski czy Milczewski-Bruno (chociaż Maciejowi było najbliżej do Wojaczka), ale nikt, jeśli o język chodzi, nie poszedł tak daleko jak autor Medytacji w noc św. Łucji, poetyckich komentarzy do hymnów św. Pawła, Sonetów dla Reginy Olsen, Idolatrii czy Ogrodów Trocadéro.
Ostatni problem to – co zrobić z ciałem?
– pytał i sam sobie odpowiadał. Bardzo chciał wierzyć i nieraz zdawało się, że zupełnie zwątpił – w siebie i świat, w sens tworzenia, w miłość i trwałość czegokolwiek – ale przecież wiedział, że są marzenia, są pragnienia, jakich – niezależnie od tego, z której strony wieje wiatr – nie da się unicestwić. Często – niby żartem, niby z pełną powagą – powtarzał, że przed nim, jeśli o największych chodzi, był i pozostanie tylko Eliot. Jednak chętnie odwoływał się do innych i, prowadząc swój wewnętrzny dialog, nieustannie narażał na poważne wstrząsy gmach rodzimej mowy. Był w pełni świadomy, że – już nie z ziemi jałowej! – z popiołów powstawszy, trzeba głęboko i wysoko mierzyć, aby dotknąć prawdy. Ona wymyka się wszelkim przyporządkowaniom. Albowiem, tak jak każdy śmiertelnik, narażone na rozliczne niebezpieczeństwa słowo – również to, najważniejsze, uznane za objawione – przeszedłszy przez ogień i wodę, stawszy się widzialne i zarazem niewidzialne, jest jednak trwalsze.
To miasto, które przeklinał Verlaine, Rimbaud, de Nerval, a także Heine, Apollinaire, Celan, Zbigniew Herbert, / I wielu innych, to w listopadzie 1987 roku przez siebie wybrane miasto, w którym urodził się po raz kolejny, ale nie chciał w nim rozstawać się z życiem i mimo wszystko w nim – po zmierzchu, przed świtem 25 stycznia 2012 roku – wybrał śmierć, to największe muzeum świata zauroczyło go i odrzuciło. Był jednak przekonany, że ojczyzną poety nie może być żadne z miejsc. Ostatecznie zdawał sobie sprawę, że jego paradis perdu musi pozostać ten opuszczony, zniszczony dom, który się śni w spokojnej nocy albo powraca w zwątpieniach, nadziejach nie do spełnienia.
Przegadaliśmy mnóstwo godzin... / W tym czasie ktoś bardziej zacny zapewne mógłby / zarobić na godniejsze życie. // Lecz brak zawsze stwarza jakiś nadmiar / i dzięki temu był czas, by naprawdę zobaczyć / kilka rzeczy, nie tylko dno paru butelek – pisał po nagłej śmierci jednego ze swoich przyjaciół. Gdy nieraz, nie tylko w pamięci, powracają przegadane z Maciejem Niemcem popołudnia, wieczory, jak i nie kończące się o świcie noce, objawiają się również: strzępki opowiadań tych, którzy // Nie przeżyli, jak i to, co w sytuacji jak gdyby bez wyjścia sprawia, że nie jest się samemu.

***

Gdy raz, drugi i trzeci Maciej zaproponował, żebyśmy wspólnie popełnili samobójstwo, nie podjąłem tematu. A był to okres – również w moim życiu – w którym nie w głowie było mówienie czegoś ot tak sobie i raczej brakowało jasnych myśli, a tym bardziej słów. Za którymś razem – gdy nie dało się, jak wcześniej, odpowiedzieć milczeniem – stwierdziłem, iż jestem w bardziej rozpaczliwej sytuacji od niego, bo tego, co on proponuje, mnie zabrania moja religia. To wystarczyło. Nigdy więcej nie pojawiła się podobna propozycja.

***

I wreszcie żałuje się tak samo / tego, co powiedziane i co zatajone, / tak uczynków spełnionych i zabronionych sobie, / tego kim się jest tak jak tego kim się nigdy nie będzie – napisał Maciej w swoim debiutanckim tomie Cokolwiek, ponieważ. Do końca był przekonany, że najbardziej trzeba współczuć tym, którzy nie czują, nie rozumieją najprostszych słów, bo nikogo i niczego nie kochają, bo nawet przed Bogiem i sobą nie potrafią nigdy się przyznać, że inaczej rzeczy wyglądają, zupełnie inaczej niż się je przedstawia. Zamiast siebie chętnie osądzają innych… ale chyba lepiej to przemilczeć. Lepiej spojrzeć w niebo, w morze, daleko przed siebie… Lepiej sięgnąć po Świat widzialny albo Dance or die.
Są i pozostaną w nas rzeczy, które bardzo bolą – a niekiedy zabijają – ale przecież nie wszystko rozwieje wiatr. To co będzie jest niepewne, ale jest i będzie, do końca pozostanie w nas także to, czego nie da się wymieść, zlekceważyć, zagłuszyć, unieważnić.
Przed każdym, kto miał szczęście albo nieszczęście się narodzić, jest ten jeden, najważniejszy krok – „na drugą stronę” – i dopiero po przekroczeniu ostatniego progu jasne się stanie, dlaczego niektórzy, niby tak światli, tak łatwo pogrążają się w ciemnościach, a powoli, nieśmiało, ale i zdecydowanie, poprzez największy mrok, przebija się przytłumiane przez wielu światło. I jaśnieją słowa i myśli spisane w najczarniejszych godzinach, w chwilach całkowitego zwątpienia.

Helgoland, 13 września 2015 roku

Marek WITTBROT


1 Chodzi o wiersz Macieja Niemca, Ono, który po raz pierwszy ukazał się w „Zeszytach Literackich”, rok XVIII, nr 4 (72) 2000, s. 24-25, a w 2012 wszedł do, wydanego w Warszawie przez Fundację Zeszytów Literackich, pośmiertnego tomu Stan nasycenia (w książce s. 54-55).
2 Heinrich Heine, Ludwig Börne. Memoriał, przełożył Tadeusz Zatorski, w: „Literatura na Świecie”, nr 9-10 (518-519) 2014, s. 197.
3 J.w., s. 194.
4 Ciemność jest bardziej podstawowa. Z Maciejem Niemcem rozmawia Marek Wittbrot, w: „Nasza Rodzina”, nr 4 (571) 1992, s. 16.


Marek Wittbrot – w latach 1991-1999 prowadził „Naszą Rodzinę”, obecnie zaś jest redaktorem „Recogito”.

80-4-1-2.jpg (69675 Byte)

Na zdjęciu:

Teresa Tomsia
i Maciej Niemiec
(Paryż, 1998)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga