Poezja i niepoezja
Poezja - opium dla ludu?
Przeglądając różnorakie mniej i bardziej ambitne literackie pisma,
słuchając wypowiedzi wszelkiej maści animatorów kultury, noblistów
i zdobywców oskarów za całokształt twórczości, nieustannie ogarnia
mnie zdumienie. Wszyscy Ci ludzie (no prawie), jednym, silnym,
zwartym głosem mówią o upadku kultury, załamaniu się czytelnictwa
i pustkach w kinach i teatrach. Boleją strasznie, że robotnik,
po przepisowych ośmiu godzinach pracy wybiera integrację z kolegami
ze zmiany (koszt integracji od 20 do 70 złotych, w zależności
od liczby integrujących, ciężaru gatunkowego integracji, tudzież
surowości oblubienic - które tradycyjnie nie rozumieją potrzeby
wspólnoty innej niż małżeńska) a nie ambitną, grubą książkę, tudzież
film niekomercyjny w podobnym przedziale cenowym. Wspominają coś,
ci animatorzy, o potrzebie upowszechnienia kultury, o misji jakowejś
tajnej, która polegać ma (jak przypuszczam) na obrzucaniu wychodzących
z fabryk robotników co cięższymi dziełami Mickiewicza i Norwida
przez zorganizowane bojówki literatów. No cóż, z pistoletem przystawionym
do skroni każdy by przeczytał, nawet trzytomowy elaborat o szkodliwości
wysoce przetworzonych produktów pochodzenia roślinnego, w pewnych
kręgach znanych pod nazwą "alkohol".
Z tych wypowiedzi wyłania się pewna myśl, której nie chcą zaakceptować
niektórzy - że poezja, i generalnie sztuka inna niż masowa, jest
skierowana do elit. Zawsze (prawie, o czym za chwilę) tak było
i mam nadzieję, że będzie. Poezja wymaga wszak pewnej ogólnej
wiedzy, znajomości historii, filozofii, psychologii, geografii
nawet, wymaga pewnego uczucia do słowa pisanego. Głodu książki
nie można nauczyć terrorem w czasie czterdziestopięciominutowej
lekcji.
Wszak nie tak znowu dawno mieliśmy okazję przyglądać się poetom,
którzy zbłądzili, i poezji, która zbłądziła (w sensie dosłownym)
pod strzechy. Kto czyta dziś wiersze, dodajmy, że zbudowane bardzo
sprawnie, o niewątpliwych urokach pracy traktorzysty w pe-gie-erze,
w którym na dodatek nigdy nie zachodzi słońce? No właśnie.
Dlaczego na siłę próbuje się do tego wracać? W sumie nie chodzi
nawet o powroty, ale brak publicznej akceptacji, że ludzie są
różni, że mają różne potrzeby, i dzisiaj, w kraju wolnym, w którym
nie ma już przymusowych wywózek do teatru z miejsca pracy, nawet
zwykły robol ma możliwość wyboru. Wyboru pomiędzy książką (tą
superelitarną też) leżącą w księgarni vis-a-vis monopolowego.
Poetycka komercjalizacja
Pieniądze. Wokół nich kręci się cały świat, nawet nasza scenowa
poezja nie jest od tej reguły wyjątkiem. To często one decydują
o zasięgu rażenia cudnych poematów, które zapełniają łamy różnorakich
zinów i wydawanych nieoficjalnie tomików poetyckich. Choć każdy
człowiek sceny, taki co to życie strawił (a przynajmniej dziesięć
dioptrii sokolego wzroku) na wczytywaniu się w powielaczową twórczość,
krzyknie, że jednym z ideałów jego i jemu podobnych jest hasło
Love, Freedom & Poetry too free of charge. Krzyczeć nikt nikomu
nie zabrania, takie mamy czasy dzięki Bogu. Hasło to jest w sumie
niezłe i z tego co mi wiadomo, to jakoś nikt nikomu nie zabrania
rozdawać swego majątku (nowy samochód lub łeb na karku i talent
od Bozi) za darmo. Według mnie jest to nawet niezły pomysł, by
młodzi poeci, zanim zostaną starymi poetami (znaczy się: dojrzałymi
twórczo) popraktykowali trochę za friko. W sumie to jest tak dokładnie
za darmo, bo poeta też coś zyskuje za to, że dołożył do interesu,
sprzedał stare koło od roweru i przekserował swój tomik w trzydziestu
egzemplarzach. Poeta ów zyskuje coś niesamowicie cennego, kontakt
z czytelnikiem, i to czytelnikiem nie byle jakim, scenowym. Scenowy
czytelnik charakteryzuje się zaś między innymi:
- długą brodą i długimi włosami (w przypadku panów)
- gładką buzią i włosami skoszonymi na jeża (w przypadku pań)
- żywiołowym odbiorem przekazu (w obu przypadkach)
Ta żywiołowość to jest fajna sprawa, bo autor (przeważnie młody)
piszący dotąd do szuflady ma szansę skonfrontować swoje dokonania
z odbiorcą. Jeszcze parę lat temu taka konfrontacja często okazywała
się niemożliwa, lub przynajmniej trudna, szczególnie dla ludzi
młodych. Z przyczyn różnych:
- technicznych - trzeba lecieć do drukarni a tam mu mówią, że
wydrukują, ale co najmniej dziesięć tysięcy, bo inaczej im się
nie opłaca,
- społecznych - w wyżej wymienionej drukarni jakiś smutny pan
w długim płaszczu stwierdził, że niestety, ale to jest zamach
na osiągnięcia rewolucji.
Dziś tych barier nie ma. I choć niektórzy psioczą, że zalewa
nas powódź tandety, że nie wiadomo co wybrać, bo za dużo się zrobiło
tych tomików i gazetek, że kiedyś to było inaczej, lepiej, a za
komuny to w ogóle!, a przed wojną, panie to była dopiero poezja.
Coś w tym jest. W owych czasach cudownej komuny rzeczywiście czytelnik
nie mógł się czuć zagubiony, bo od najmłodszych lat wiadomo było
jakich poetów czytać (najlepiej to Mickiewicza & Słowackiego)
a jakich nie czytać, bo za słaby poziom (na przykład Herbert).
Dzisiaj nie ma tak łatwo, to fakt, ale fakt z którego się cieszę.
Janek KOŻUCHOWSKI
Urodził się w 1976 roku w Ostrowii Mazowieckiej.
Prowadzi pismo internetowe "Szept Muru" i publikuje
w nim swoje teksty. Niniejsze teksty są wyborem z większej całości
i dla zainteresowanych są dostępne pod adresem: http://www.szeptmuru.ostrowmaz.com.pl
|

Na zdjęciu:
Odbicie
(Sławno, 2001)
Fot. M. Wittbrot
|