

|
EDYTORIAL
Miliony
wygrane na loterii, potężne budowle, nęcące swym przepychem pałace
lub, wcale nierzadko, wznoszone na populistyczną modłę świątynie
i jeszcze wiele innych rzeczy; rzeczy wzbudzających podziw, budzących
zazdrość, utożsamianych z życiowym sukcesem czy awansem społecznym.
Kto nie pragnie takich sukcesów? Kto nie chciałby być najlepszy,
wielki, bogaty, podziwiany czy szanowany? Czy rzeczywiście łatwo znaleźć kogoś, komu nie zależy na sławie,
pieniądzach, uznaniu czy własnej karierze?
Jeżeli spojrzymy z pozycji – jak to się dzisiaj chętnie mówi –
lidera albo człowieka sukcesu, istotnie o to należy zabiegać!
Hierarchia wartości, jaka obowiązuje w większości środowisk, tak
właśnie się przedstawia. Kto się z niej wyłamuje lub nie chce jej
podporządkować, uchodzi w najlepszym wypadku za ekscentryka,
dziwaka, a najczęściej za nieudacznika, człowieka marginesu.
Gdy Jezus, zaproszony do suto zastawionego stołu, zamiast głosić
peany na cześć gospodarza zajął się zwykłą prostytutką, gdy
dostrzegł siedzącego na drzewie Zacheusza, gdy kazał zaprosić na
ucztę przypadkowych ludzi a zapytany o prawdziwą wielkość, polecił
naśladować dziecko i w dodatku powtarzał wielokrotnie, że nie należy
kierować się jedynie osobistymi ambicjami, że nie pierwszym lepiej
być, lecz ostatnim – musiał zaiste wydawać się szaleńcem albo,
jak twierdzili niektórzy, człowiekiem opętanym przez diabła.
Niezwykle często Jezus odżegnywał się od idei, jakie głosili perusim
czy hasidim, czyli faryzeusze i hassydyjczycy. Nie ukrywał
się pod ideą walki o wyzwolenie ani pod maską sprawiedliwości. Co
więcej, otwarcie występował przeciwko jarzmu
nieludzkiego prawa i przestrzegał – również swoich uczniów –
przed wszelkiego typu pogardą, poczuciem wyższości, postawą
legalistyczną.
Gdy Jezus mówi, by strzec się „uczonych w Piśmie”, gdy ostrzega
przed tymi, którzy „z upodobaniem chodzą w powłóczystych
szatach, lubią pozdrowienia na rynku”, zajmują „pierwsze krzesła”
w świątyniach i „zaszczytne miejsca na ucztach”, gdy piętnuje
tych, którzy „dla pozoru odprawiają długie modły”, chce pokazać,
iż nie tędy prowadzi droga do Boga. Przestrzega przed życiem w zafałszowaniu,
świecie walki o wpływy, pozornych wartości. Idzie jeszcze dalej.
Ujrzawszy kiedyś kobietę wrzucającą do skarbony jeden grosz, rzekł
do swoich uczniów: „Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze
wszystkich”. Albowiem wrzuciła wszystko co miała, bogaci zaś –
mimo że wrzucali niemało – dawali z tego, co im zbywało.
Scena ukazana w Ewangelii także i dzisiaj skłania do zastanowienia. Bynajmniej nie przestała być aktualna. I
nie jest jedynie biblijną parabolą. Jest dowodem, jak wnikliwa i
zarazem sprawiedliwa jest Boża ocena sytuacji. Chociaż Chrystus nie
musi stawać przed kościelną skarboną czy patrzeć, kto jakie
zajmuje miejsce.
Najistotniejsze w gruncie rzeczy jest to, jak wygląda nasze
spojrzenie, jakie motywy nami kierują, ile naprawdę potrafimy z
siebie dać – z siebie i od siebie! Niekiedy mogłoby się wydawać,
że nic nie pojęliśmy z Bożej nauki i zachowujemy się tak, jakbyśmy
żyć mieli wiecznie a przecież jutro, pojutrze, za czas jakiś nikt
i nic nie będzie się liczyć, tylko ten „jeden grosz”, jeden
jedyny grosz, który być może znaczył tak mało a znaczyć mógł
wiele.
Chrześcijaństwo nie jest religią spektakularnych sukcesów. Gdyby
nią było, Jezus nie rodziłby się w stajni i nie umierał na krzyżu.
Nie jest odmianą wolnorynkowej konkurencji ani pokazem siły. Gdyby
tak było, niedawno beatyfikowana Matka Teresa nie szłaby do nędzarzy
a obecny Papież dawno by abdykował. Nie zależy też od naszych
ambicji ani naszych sądów i ocen. Ani tym bardziej naszej zasobności
i pozycji.
Być może warto w Czasie Adwentu i Bożego Narodzenia o tym pomyśleć!
Warto się zastanowić: Kim naprawdę jesteśmy? Kim być chcemy? W co
wierzymy i kogo wyznajemy?
W święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok niech Pan Bóg nam błogosławi
i pomoże zrozumieć, czym jest nasza wiara.
Marek WITTBROT
redaktor
|

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot
recogito@firemail.de
|