Spis treści


EDYTORIAL

Rok 2008, jak poprzednie lata, w każdym poszczególnym przypadku inaczej się zaznaczył. Każdy ma swój kalendarz i swoje godziny, dni lepsze lub gorsze, chwile, do jakich wraca albo – od nich ucieka. Istnieją bowiem daty, które raczej odwodzą od zwierzeń niż do nich zachęcają. Istnieją fakty, jakie niezbyt chętnie wspominamy. Nie są one jednak obojętne. Nie sposób ich wymazać. Nie da się wyrzucić ich z pamięci. 
Goszcząc na początku października w rzeźbiarskiej pracowni przy allée du Vieux Pont de Sèvres 1740, nie przypuszczałem, że pierwsze jesienne spotkanie w Boulogne okaże się podwójnym pożegnaniem. Po dłuższym niewidzeniu – i przedłużonym przez Pawła letnim pobycie w Cielcach – mieliśmy „pogadać o Stefanii”, o Bremie, o czerwcowych, bolesnych dla wielu osób wydarzeniach. Mieliśmy, jakby na pożegnanie, „wznieść puchary” i uczcić osobę, która przez lata była blisko, miała swój udział w różnych paryskich przedsięwzięciach. Paweł wielokrotnie dzwonił do Bremy, długo wówczas przekonywał, wspierał, zachęcał do walki z chorobą. Rok wcześniej doszło do niespodziewanej wizyty nad Wezerą i, w gruncie rzeczy, wyjątkowego, bardzo serdecznego spotkania. Wracając – po swoich wystawach w Toruniu i Lund – przez Danię i Niemcy, przemierzając Dolną Saksonię ze swoją dwuosobową „eskortą”, Paweł zatrzymał się w hotelu w Oyten. Rozmowa z bardzo już wtedy schorowaną moją matką, dyskurs prowadzony między północą a drugą w nocy, do jakiego doszło na granicy Hansestadt Bremen, był jakby potwierdzeniem, że warto żyć w pełni, trwać mimo różnych zagrożeń i, mimo pogarszającej się z każdym dniem sytuacji, nie poddawać się.
Przed tegorocznym, feralnym jesiennym porankiem życie w pracowni nieopodal Sekwany płynęło, jak dawniej, swoim nurtem. Były liczne, nowe plany i ambitne zamierzenia – tym razem związane z wiosenną wystawą. Marzec-kwiecień 2009 to termin zaplanowanej od dawna ekspozycji w łódzkiej Miejskiej Galerii Sztuki. Paweł nie potrafił i nie chciał inaczej funkcjonować. Niejednokrotnie zaskakiwał swoimi pomysłami. Swoim zaśnięciem o świcie 21 października zaskoczył jeszcze raz i – jak stwierdziła wtedy jego córka, Sophie – „było to jak zwykle mocne uderzenie”.
W ostatnich latach – w sprawach, o których łatwiej milczeć niż mówić – niewiele było osób, które nie tylko oferowały mi swoją pomoc, lecz wspomagały w każdy możliwy sposób. Na wszystko, czego doświadczałem ze strony Pawła, istnieje właściwie tylko jedno, proste a zarazem najbardziej adekwatne określenie: przyjaźń. Dzięki tej przyjaźni możliwe do przeprowadzenia stały się rozmaite pallotyńsko-niepallotyńskie przedsięwzięcia. To Paweł był jednym z głównych propagatorów idei podjętych przed laty przez księdza Sadzika. To on doprowadził do utworzenia nagrody jego imienia. To on ją finansował: organizował podróże, gościł nagrodzonych pod swoim dachem, przygotowywał całą uroczystość (tylko raz, w 2001 roku, wręczenie Nagrody im. Sadzika odbyło się w domu przy rue Surcouf). To on kipiał pomysłami i wspomagał wytrwale każdą niemal, najpierw „naszorodzinną”, a następnie „recogitową” inicjatywę. Jeśli zaś o mnie bezpośrednio chodzi, w dużym stopniu to dzięki niemu udało mi się przetrwać trudny, najtrudniejszy, najgorszy czas. 
„W każdym człowieku, nawet najprostszym potrafi coś znaleźć dla swojej sztuki. To jest refleks jego widzenia filozoficznego duszy ludzkiej, podpatrzenia” – zwierzyła się kiedyś autorce jedynej, jaka dotychczas powstała, obszernej pracy poświęconej „Portretom w twórczości Pawła Jocza” matka rzeźbiarza, Genowefa Jocz. Felicja Maria Pawlicka, poruszając kwestię, ważnego w biografii Pawła, dialogu prowadzonego z ojcem, Konstantym Joczem, zwróciła uwagę, iż związany od 1967 roku z Francją polski rysownik i rzeźbiarz „był zawsze bardzo wrażliwy na wszystkie dysonanse”. Posiadał rzadką zdolność niezgadzania się, nieakceptowania, podważania banalnych prawd, a właściwie półprawd powielanych przez różne zbiorowości. W swoim widzeniu ludzkich spraw był zawsze oryginalny, indywidualny, głęboki i, mimo rażącej niektórych bezpośredniości, delikatny. Szukał drogi, linii – prowadzącej wprost do ludzkiej duszy. 
Pawła Jocza niestety już nie ma wśród żywych. Pozostały jego rysunki i rzeźby, jego refleks, jego wnikliwe spojrzenie, jego otwarte, gorące serce i niespokojny duch. Osobiście za lata – niezwykłej dla mnie, wyjątkowej, niepowtarzalnej – przyjaźni, zaś w imieniu pisma i środowiska, które współtworzył, za twórcze wsparcie – dziękuję!
Drogim naszym Czytelnikom polecam śp. Pawła i proszę o modlitwę w jego intencji. Niechaj Ten, którego oczekujemy, pomoże nam odrodzić się, narodzić do nowego życia.

Marek Wittbrot

Kolonia, 16 listopada 2008 roku
Hauptbahnhof
 

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@lycos.de

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga