
|
Twórca
„Iluminacji” i „Roku spokojnego słońca” spotkał się
z publicznością w paryskim Centrum Dialogu 7 marca 1986 roku. Chociaż jego
wystąpienie jest odległe w czasie i - w dużej mierze - dotyczyło innej
epoki, pozostaje wciąż zadziwiająco aktualne. „Kultura - jak mówił
Krzysztof Zanussi - nie zawsze zwycięża w demokratyczny sposób”.
Warto to sobie, również dzisiaj, uświadomić.
Zagrożenia kultury
[...] czym jest dzisiaj kultura? Czym ta kultura się stała
czy staje? Czym się stać powinna i jaka jest moja w tym rola jako artysty?
Oczywiście mówiąc „kultura“ powinienem sprecyzować, czy chodzi
mi o jakiś całokształt twórczości? I raz mam to na myśli, raz mówię o
kulturze artystycznej - a ściślej - o kulturze audiowizualnej. To, jak
funkcjonuję w obszarze kultury audiowizualnej, decyduje o moim samopoczuciu.
[...]
W tym obszarze [zaistniały] strasznie dramatyczne i
negatywne fakty. [...] Coś jest wyraźnego w latach osiemdziesiątych, co
trzeba by określić jako bardzo głęboki kryzys. [...] Ten kryzys tak samo
wygląda w Polsce [jak na Zachodzie], chociaż [jego] przyczyny - na zdrowy
rozum - muszą być zupełnie odmienne. To, co się stało z kulturą kina, z
kulturą widowiska, jest równie negatywne i równie zastraszające jak to, co
widzę na Zachodzie. Mimo, że przyczyny według wszelkich danych powinny być
odmienne.
W Polsce odczuwamy coś, co można by określić - używając
górniczej metafory - jako straszliwe tąpnięcie kulturalne. [...] Fakty są
dla nas samych druzgocące. Ludzie, publiczność, w stosunku do widowiska,
przypuszczam że [jest tak] generalnie w stosunku do kultury, [...] zmieniła
swój stosunek i nastąpiło jakieś wielkie zobojętnienie, odwrócenie od twórczości
artystycznej wszelkiego rodzaju. Gdyby ktoś nie wierzył w moje stwierdzenie,
mogę cytować niezliczone przykłady. To, co się stało z
„liczbami”, jakie pojawiają się dzisiaj w naszych kinach, również
i teatrach, jest zastraszające. Spadek frekwencji na wszystkim, co jest
ambitne. [...]
Jeżeli zdarzy się film o jakichś cechach artystycznych...
Mamy ostatnio zastraszające wyniki kasowe filmu Hasa. Wojciech Has jest twórcą
tak całkowicie sprawdzonym i pewnym, że -wiadomo - może zrobić film mniej
lub bardziej świetny, ale każdy jego film jest wart uwagi. Jeżeli robi film
według tekstu Terleckiego, to wiadomo, że Terlecki jest wybitnym pisarzem i
wydaje się, że jakaś szersza publiczność na to pójdzie. Myśmy przed
laty uważali, że w tak nudnym kraju, jeżeli film ma sto tysięcy widzów,
to jest bardzo marnie. Otóż film Hasa ostatnio ma osiem tysięcy widzów. To
jest tragiczne i w tym momencie nie warto już pytać, co się stało z Hasem,
jak robią [to] władze [komunistyczne]. Ja myślę, że trzeba się zapytać,
co się stało z publicznością? Mówię o tym z niepokojem dlatego, że tak
jak na Zachodzie przed każdym producentem muszę udawać i się tłumaczyć
[...] i wkładać cały swój aktorski wysiłek, jaki jest możliwy, żeby
wyglądać na człowieka interesu, który mówi tylko o pieniądzach, który
nie używa słowa „kultura“ pamiętając słowa Goebbelsa na ten
temat. Takiego słowa nie można używać, bo to płoszy natychmiast producentów.
Otóż, jeżeli dzisiaj nad zespołem prowadzonym przez Hasa i nad nim samym
zawisł ten sam miecz, który ja znam z Hollywood, to znaczy, że świat nie
jest tak podzielony jak nam się wydaje, a jest takie zagrożenie, że zespół
Hasa zostanie rozwiązany. Dostał poważne ostrzeżenie i jest przeznaczony
na zniszczenie dlatego, że produkuje filmy zbyt elitarne. To znaczy, że
publiczność się od tej sztuki odwróciła. Ten stan rzeczy daje człowiekowi
szalone poczucie niepewności i zagrożenia. Bo do czego jest potrzebna nasza
praca, jeśli [naszych filmów] ludzie nie chcą oglądać? Zastanawiamy się
wtedy, co robią ci, którzy znaleźli u publiczności uznanie i widzimy, że
to, co znalazło uznanie, w nas nie znajduje uznania, czyli jesteśmy w pułapce.
O sytuacji na Zachodzie państwo wiedzą najlepiej. Ostatni
film Felliniego, który jest kasową klęską, a jest pięknym filmem, niesłychanie
zabawnym i dowcipnym, chyba jednak [jest] zbyt już wyszukanym, wyrafinowanym
[filmem], żeby ludzie w szerokiej masie na niego chodzili. Bergman w jednym z
najbardziej interesujących i porywających dla mnie filmów ma wielkie trudności
ze zmontowaniem następnej produkcji, ponieważ ten film także się nie powiódł.
Nie mówię o Antonionim, nie mówię o tylu innych twórcach, którzy patrzą
zdumieni, co się stało, dlaczego publiczność odeszła, dlaczego nie chce
nas oglądać.
W Ameryce jest zawsze inna perspektywa, są inne liczby, jest
inna wielkość tego rynku. Przywożę świeżo z Ameryki takie spostrzeżenie
„księgowej”, dotyczące ubiegłego roku. Po raz pierwszy w
Ameryce dochody ze sprzedaży kablowej i kasetowej, wideo i telewizji, przewyższyły
dochody wielkich studiów z kin. [...] Ale w Ameryce chłonność rynku
audiowizualnego jest ogromna i punkt startu jest tak niski, że nie ma tam
takich zjawisk, jak tąpnięcie w kulturze. Zawsze jest wystarczająco liczna
liczba ludzi, którzy chcą zobaczyć coś ciekawszego, coś ambitniejszego.
Co więcej, kaseta zaczyna działać troszkę bardziej jak książka, to
znaczy, po kasetę [Amerykanie] sięgają najczęściej ze strachu czy
lenistwa. [...]
Nie mam powodu być Kasandrą, nie chcę być czarnowidzem,
chcę zrozumieć czas, w którym żyję, żeby wiedzieć samemu, co robić,
jakie mam robić dalej filmy, jakie produkty mam proponować. [...] Tutaj we
Francji, gdzie najczęściej bywam - chociaż mam stosunkowo najmniej szczęścia
- miałem bardzo interesujące i bardzo głębokie rozmowy z jednym ze światłych
i bardzo wykształconych kierowników francuskiej telewizji. Chciał mnie
zakontraktować dla telewizji, chciał, żebym coś dla tej telewizji zrobił,
tylko z wielką jasnością powiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Otóż
ich cieszy, żeby pojawiło się jakieś znane nazwisko, [najlepiej z]
festiwalu, żeby można było [je] z czymś skojarzyć. Ale on musi mieć
gwarancję, że to, co ja zrobię, jest absolutnie standartowe. To się nie może
różnić od tego, co było wczoraj i co będzie jutro w programie. Bo widz
telewizyjny chce mieć gwarancję - wskazują na to ankiety - że nie będzie
żadnej ekstrawagancji i nic osobistego, nic specjalnego. To musi być
bezpieczne, tak jak jest bezpieczny kran z wodą, z którego nie wypłynie
ukrop, ani lodowata woda, tylko temperatura jest z góry ustalona, taka jest
między nami umowa, żeby się kąpać w letniej wodzie. I że to jest zasada
światle odczytana przez socjologów, którzy studiują zagadnienie i chcą
wiedzieć, kiedy telewizja ma wzięcie, kiedy nie ma wzięcia. Przed paroma
laty jeszcze telewizje poczuwały się do swojej kulturalnej roli, chciały być
w jakiś sposób promotorami kultury. W Niemczech, gdzie często pracowałem,
bardzo łatwo było wykorzystać pewnego rodzaju kulturalny snobizm i nawet
jak program nie będzie oglądany przez dwadzieścia procent publiczności, to
jest dobrze, a tylko powiedzmy przez osiem czy siedem, to warto go zrobić, bo
publiczność... itd. Jest całe takie, rozsądne zresztą rozumowanie mówiące
o tym, że kultura nie zawsze zwycięża w demokratyczny sposób i zawsze
pewne zarzewie ogarnia niewielką ilość publiczności, a to w jakiś sposób
promieniuje. Wszystkie te zadania w latach siedemdziesiątych były jasne dla
telewizji, nawet dla wielu producentów filmowych to było zrozumiałe.
Dzisiaj to kompletnie jest wymazane z mentalności urzędniczej. Liczą się
cyferki, ile ludzi film oglądało, bo wszyscy są poddani presji telewizji
komercjalnej i mówią: „widzowie nie będą chcieli płacić podatku,
jeżeli nie będą oglądali państwowej telewizji, gdyż mają do wyboru: we
Włoszech czy we Francji będzie Berlusconi, w Niemczech też otwiera się
kanał telewizji prywatnej komercyjnej. I ludzie na to się rzucą, wobec
czego niewarto pokazywać im czegoś, czego nie będą masowo oglądali“.
Ten stan paniki, zatrwożenia, mecenatu kulturalnego jest bardzo wyraźnie
wyczuwalny.
Paradoksalnie w Ameryce dzisiaj statystyki wskazują, że
Amerykanie odkryli, że można oglądać filmy bez przerw na reklamę. To właśnie
wniosły kasety i telewizja kablowa. Amerykanie nagle spostrzegli, że dużo
przyjemniej ogląda się filmy nie pocięte. W związku z tym, to jest
psychicznie bardzo silny motyw, oglądają telewizję kablową. Czyli zawsze
można powiedzieć, że od dna można się odbić i potem znowu jest jakiś
proces wzrostu. [...]
Tutaj mówię o zagrożeniu bardzo małego odcinka kultury
artystycznej, kultury audiowizualnej. Może, jak na kulturę, kulturę
audiowizualną trzeba rozumieć bardzo szeroko, bo jednak jest to dzisiaj
dominujące narzędzie kształtowania ludzkich emocji i ludzkich myśli. To
narzędzie może być i artystycznie nierozwinięte, i prymitywne, i młode,
ale jest bardzo ważne.
Parę miesięcy temu odpowiadałem na ankietę, którą ogłosił
bardzo wzięty włoski dziennik „La Republica“, chyba najbardziej
czytany i chyba najlepiej redagowany, liberalny, lewicowy dziennik włoski.
Oni ogłosili taką ankietę, wypytywali różnych reżyserów, co na dziewięćdziesiąte
urodziny kina rokujemy mu, czy kino ma życie jednego człowieka, czy dobijając
do dziewięćdziesiątki dochodzi już do wieku semilnego i umiera, czy też
ma jeszcze perspektywy. Czytałem z ogromną ciekawością, co odpowiadali
najrozmaitsi moi koledzy i z równie sporą ciekawością przeczytałem sam,
co powiedziałem, bo to się odpowiada, w druku to wygląda inaczej. Z pewnym
rozbawieniem dostrzegłem, że to miłe liberalne pismo też skorzystało z nożyczek
i dokonało małego, cenzuralnego cięcia. [...]
Rozważając, jakie są perspektywy kina i zastanawiając się
nad tym, czy jest to naprawdę sytuacja bez wyjścia, czy grozi nam jakaś
wielka bieda, odparłem, że właściwie mnie to jeszcze tak bardzo snu z
powiek nie spędza. To znaczy, jeżeli przeżyje kultura, no to w jakiejś
postaci coś audiowizualnego przeżyje. Jeżeli więc w ogóle problem
istnieje, a istnieje, to co się z tą kulturą dalej stanie, jakie są
perspektywy kultury, jakie są perspektywy kultury europejskiej szczególnie,
bo do tej należę, z tą jestem związany. Rozważając na ten temat, próbowałem
sobie po amatorsku pofilozofować, nie jestem historykiem i nie znam się na
tym dobrze. Mam takie przekonanie, że wszystkie cywilizacje, wszystkie
kultury, trwały tak długo, jak długo miały głęboką wiarę w siebie, to
znaczy wierzyły w swoją misję, w swoje posłannictwo. Jak długo jakaś
zbiorowość ludzka była przekonana, że ma jakiś dobry pomysł na życie,
chciała to innym czasami mieczem narzucić, ale była przekonana o wyższości
własnego pomysłu, a przynajmniej o jego wartości, to już było to jak
gdyby gwarancją, że ta kultura jest jeszcze w okresie dynamiki wzrostu.
Natomiast tam, gdzie ta wiara się kończy, gdzie ta wiara znika, tam rzeczywiście
są ślady dekadencji i taka kultura upada. Chciałem sobie zadać pytanie,
czy wobec tego może naszej kulturze nie brak tej wiary. I napisałem
„wiara“ najpierw przez małe „w“, a potem w nawiasie
dodałem: a może to chodzi o wiarę przez duże „W“, o brak tej
wiary, może to jest przyczyna jakiegoś kryzysu Europy? No i tu to liberalne
nożyce się odezwały i tą wiarę przez duże „W“ wycieli.
Religijnych miazmatów nie chcą drukować, nawet jeśli to mówi
nieodpowiedzialny artysta. [...]
W grudniu, napisane z panem Żebrowskim, dwie jednoaktówki
były wystawione w teatrze „Odeon“, co uważam za miły, prestiżowy
gest. Tekst stary, napisany ponad dziesięć lat temu, teraz przeżył swoją
drugą młodość. Na tydzień przed próbą generalną poszedłem na próbę
i spostrzegłem - bo jednak swoje własne teksty dość [dobrze] pamiętam -
że brakuje jakiegoś zdania w tekście. No błahe, głupie zdanko, bez większego
znaczenia. Zapytałem dyskretnie... Jakoś tak pochichotali, spuścili oczy,
bo spodziewali się, że o to zapytam. Udzielili mi oficjalnie wykrętnej
odpowiedzi, że sztuka za długa, że wobec tego lepiej o jedno zdanie mniej
powiedzieć. A potem okazało się, że tam jest niewinny dowcip kawiarniany,
naprawdę taki, że on w Polsce by w końcu przeszedł. Dowcip o tym, jak to
było z tymi rewolucjami -gdzie młody ubogi człowiek straszy bogatą panią
rewolucją. Ta pani mówi: „zaraz, zaraz, rewolucję to robią raczej
ludzie mojego pokroju, bo przywódcy rewolucji byli na ogół dobrze
wykarmieni, dobrze wykształceni i to oni zbawiali biedną część ludzkości“.
I tutaj następuje wymienienie różnych ludzi, różnych nazwisk, między którymi
pada nazwisko Che Gevary. On był też z zamożnej rodziny, dobrze wykształconej
i wykarmionej za młodu. Otóż okazało się, że cały szereg politycznych
powiązań kazał czujnej dyrekcji teatru wyciąć to zdanie, bo a nuż by się
ktoś obraził, że robi się żart, stawiając go [na równi] z Leninem,
Marksem i innymi rewolucjonistami. Naprawdę nie przypuszczałem, że w połowie
lat osiemdziesiątych taki drobiazg może jeszcze kogoś zaniepokoić. [...]
Natomiast wracając do pytania o wiarę przez małe
„w“, rzeczywiście jest to chyba pytanie, które warto sobie
postawić. Oczywiście to pytanie nas Polaków dotyczy w sposób szczególny,
ponieważ wśród narodów Europy jesteśmy jednym z niewielu, który w jakiś
sposób jakby wiedział, czego chce. W każdym razie bardzo wielu Polaków z
bardzo dużym przekonaniem twierdzi, że wiedzą, czego by chcieli dla tego
kraju, dla tego swojego społeczeństwa. Ja w ogóle nie wnikam, czy to, czego
chcą, jest dobre, czy umieją to wyartykułować, czy to jest mądrze artykułowane,
bo historia udowodniła, że to nie zawsze ma pierwszorzędne znaczenie. Najważniejsze,
żeby ludzie w ogóle czegoś chcieli i żeby wiedzieli, że tego chcą. I to
jest bardzo ważny czynnik rozwoju zdarzeń. I w tym sensie wydaje mi się, że
jesteśmy wyjątkowo położeni. Chyba mamy dużo większe przekonanie, że
wiemy, czego chcemy, aniżeli wiele innych narodów. Zastanawiam się, jakie
to będzie miało konsekwencje dla naszej kultury i w jaki sposób nasza
kultura potrafi to wyrazić, czy ten wyraz potrafi być światu potrzebny. Czy
potrafimy to wyrazić w sposób dość uniwersalny, żeby ludzie zrozumieli,
że w tym jest coś, z czego można skorzystać. [...]
Krzysztof ZANUSSI
Krzysztof Zanussi. Urodził
się w 1939 roku w Warszawie. Studiował fizykę na Uniwersytecie Warszawskim,
filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim i reżyserię w Państwowej Wyższej
Szkole Teatralnej i Filmowej w Łodzi. Wyreżyserował m.in. takie filmy jak
„Śmierć prowincjała” (1966), „Struktura kryształu”
(1969), „Za ścianą” (1971), „Iluminacja” (1973),
„Barwy ochronne” (1976), „Spirala” (1978),
„Constans” (1980), „Z dalekiego kraju” (1981),
„Imperatyw” (1982), „Rok spokojnego słońca” (1984),
„Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest...” (1988), „Życie za
życie. Maksymilian Kolbe” (1990), „Brat naszego Boga”
(1997). Jest członkiem Europejskiej Akademii Filmowej i laureatem wielu międzynarodowych
nagród, m. in. w Wenecji, Chicago, San Remo, Locarno, Cannes, Moskwie i
Berlinie. Współpracował z wieloma teatrami w Polsce i na świecie.
Opublikował: „O montażu filmowym w filmie amatorskim” (1968),
„Rozmowy o filmie amatorskim” (1978), „Un rigorista nella
fortezza assediata” (1982).
|

Na zdjęciu:
Krzysztof Zanussi
Fot. Witold Urbanowicz
|