
|
Siedlisko
W niewielkiej wiosce za Goworowem, kilka kilometrów od brzegów
Narwi łączącej się z Bugiem, stoją jeszcze stare kurpiowskie chaty kryte
słomianą strzechą. Wokół rozciąga się Puszcza Biała z wrzosami i
ostrymi trawami wydm, rzadkie miejsce odosobnienia i spokoju.
Podupadające domostwo kupiła moja kuzynka, spędzająca w
nim każdą wolną chwilę, znajdująca tu wytchnienie i bliskość dawno
utraconej w mieście przyrody. Nasycone zapachem wilgotne powietrze puszczy
przenika czystością do głębi. Jakby przedzierało się do płuc z gęstwiny
dziecięcych wspomnień wraz z wonią jagód, paproci i cienistych ścieżek;
pierwsze wrażenie świata wydobytego z zamierzchłych pejzaży.
W cieniu jasnozielonego klonu żegnamy sierpień, biesiadując
przed chatą. Z sieni wydobywają się smakowite zapachy gorącego strudla,
razowego chleba i owoców. Moja kuzynka Zyta odpoczywa dbając o siedlisko,
podlewając kwiaty i drzewa. Wiele z nich posadziła tu sama. Swoją posiadłość
ze skrawkiem gwiaździstego nieba pod parasolem z liści traktuje jak
niespodziewaną zdobycz i nagrodę za trud długiego wędrowania po ład i
ciszę.
Na półce leżą nieprzeczytane czasopisma, lecz trudno tu
po nie sięgać, gdy wokół tyle pulsującego, przemieniającego się życia.
Wiosną kwitną białe i liliowe bzy, czeremcha i barwinek, latem jaśnieją
amarantowe pelargonie, żółto-brązowe aksamitki i niebieska ostróżka, w
październiku brązowieje kasztan, rudzieją liście klonu, a rajska jabłoń
czerwieni się przytulona do drewutni. Pies sąsiadów przychodzi pod płot na
gościnną wieczerzę, krążą cierpliwie osy zwabione zapachem gruszek.
W starej studni z korbą i daszkiem niewiele jest wody, ale
stąd czerpie się ją tylko do podlewania kwiatów i krzewów, na potrzeby
kuchni wodę wydobywa się z drugiego ujęcia, aby najwięcej pozostało tu
jak dawniej, przed laty, kiedy stawiano kurpiowską drewnianą chatę i kopano
studnię.
Odnowiona słomiana strzecha szczelnie chroni przed deszczem,
co miałyśmy okazję sprawdzić w nocy, gdy nad całą Polską przeszły gwałtowne
burze z ulewą. Bliskość puszczy daje siedlisku ochronę i stwarza
mikroklimat, jest bezpieczniej niż w otwartym terenie i jak dotąd burze nie
poczyniły tutaj szkód.
Zyta przyjeżdża tu z rodziną od kilkunastu lat. Sama
wszystkim zajmowała się od początku, napychała słomą uszyte własnoręcznie
materace, projektowała i urządzała wnętrze, by pozostało surowe i najbliższe
pierwotnemu przeznaczeniu. Wita z radością krewnych i przyjaciół, którzy
znajdują czas, by razem z nią poczuć puszczę, jej niepowtarzalny świeży
zapach, szelest, wysłuchać koncertu świerszczy i posmakować wiejskiego
chrupiącego chleba z ostrołęckim masłem.
Drogi i drożyny Puszczy Białej, porośnięte mchami,
wrzosami i grzybami, krzyżują się z sobą i znikają w gęstwinie jodeł,
cisów, brzóz, sosen i świerków. Puszcza jest tajemnicza i zachłanna, kusi
i wciąga, zacierając ślady. Łatwo tu zabłądzić, dlatego nie wypuszczamy
się zbyt daleko wieczorem, krążymy wokół siedliska. Wczuć się w rytm
natury można dopiero wtedy, gdy oddalają się odgłosy codzienności i cichną
wspomnienia.
Wyruszając do puszczy czy powracając z niej do Warszawy nie
sposób pominąć cmentarza w Radzyminie. To szczególne miejsce pamięci,
godnie i starannie utrzymane „siedlisko” bohaterów
polsko-bolszewickiej bitwy z 1920 roku. Wielu z nich, młodych wówczas
legionistów, jak mój dziadek Bronisław odznaczonych za męstwo w
„Cudzie nad Wisłą”, zginęło 20 lat później w faszystowskich
więzieniach i niemieckich obozach jenieckich bądź w sowieckich łagrach.
W drodze powrotnej z Mazowsza do Wielkopolski rozmyślam o
splątanych losach polskich rodzin, o tragicznym długoletnim poszukiwaniu
miejsca i tożsamości. Przedwyborcze rozgrywki polityków, dobiegające z
radia, kładą się cieniem na czystość powrotu do korzeni, na zdobyty na
chwilę spokój i poczucie nieograniczonego piękna. Wiersze o zagubieniu w
codzienności, gdzie dominują rzeczy i układy, pisze samo życie, nie trzeba
ich wymyślać. Mech wyciszył kroki żony wieśniaka uchodzącej z trójką
dzieci przed gniewem pijanego męża, wiatr osuszył łzy, ktoś przyjezdny
zaofiarował pomoc.
Pożegnalny poranek, mimo widoku przetrąconego modrzewia i
podeptanych kwietników, jaśniał nadzieją. Wiozłam ją z sobą do Poznania
jak cenną pamiątkę z wakacji. Miałyśmy z Zytą czytać gazety i książki,
lecz szelest liści i mruganie niedosięgłych planet pochłonęły nas bez
reszty z siłą natury, której trudno się oprzeć.
Ludwinowo - Poznań, 23 sierpnia 2000
Teresa TOMSIA
Teresa Tomsia. Urodziła
się w 1951 roku w Wołowie. Ukończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie
Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką tomików wierszy, m. in.:
„Czarne wino”, „Białe tango”, „Wieczna rzeka -
Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”. W październiku 2000
roku ukazał się w Niemczech jej niemiecko-polsko-francuski tomik „Schöner.
Piękniejsze. C’est plus beau”. Prowadziła scenkę kabaretową
„Ostryga” i współpracowała z kabaretem „Tey”. Pisze
recenzje, scenariusze teatralne i teksty piosenek. Założyła i prowadzi Klub
Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz”. Mieszka w Poznaniu.
|

Na zdjęciu:
Poznańskie
Stare Miasto (1999)
Fot. Marek Wittbrot
|