Miłość i śmierć

Kiedy rodzi się wiersz? Co sprawia, że nie wystarczają nam góry i drzewa, a tym bardziej to, co je przypomina? Po co powracamy do krajobrazów dzieciństwa albo próbujemy uchwycić jakąś chwilę, przybliżyć się do tajemnicy istnienia? Czy nie lepiej podążyć utartym szlakiem, sprzymierzyć się z naturą albo zdać się na zwykły traf, los, a może Opatrzność? Czy potrzebne są komuś nasze wahania, zmagania albo dociekania? Czy nie lepiej zawierzyć filozofom albo teologicznym traktatom? A może należałoby ograniczyć się do słów Pisma i pośród natchnionych strof szukać odpowiedzi na najtrudniejsze pytania?

                                                       *

Jan Sochoń wie, że można czekać na wiersz, wypełnić tym oczekiwaniem długie godziny. Chce, by drogi, po jakich się porusza, nie prowadziły w nieznanym kierunku a krajobrazy, jakie ogląda, nabierały wyrazistości. Nie umie przechodzić obojętnie obok „drgającej gałęzi”, kiścia bzu, cienia odbijającego się na ścianie czy twarzy wyłaniającej się z mroku. Pamięta „pierwszy gest odtrącenia”, anioły z nieodległego cmentarza, wiatr, który zawiał pośród drzew i trwożliwą czeluść nocy. Wciąż wraca do jasności, jaka go niegdyś poraziła, rodzinnego domu, Świętej Wody czy chmur na wasilkowskim horyzoncie. Chętnie wspomina ojca Józefa i matkę Franciszkę i nie potrafi „uspokoić oczu”, oderwać ich od minionej chwili czy młodzieńczych pragnień. Przyznaje, iż miłość - „silna i bezradna” - przepełnia jego duszę i ciało, i sprawia, że trwanie nie jest bezowocne.

Gdyby nie wyczuwalna obecność, świadomość istnienia Kogoś, z kim można rozmawiać, wyruszyć na niebezpieczny szlak, a nawet cierpieć, każdy gest, myśl, tęsknota byłyby zbyteczne. Trzeba by zamilknąć, zrezygnować z wiersza. Słowo przybliża, choć i oddala. Słowo umacnia, choć i wyczerpuje. Słowo, żeby brzmieć, potrzebuje przestrzeni, ale też nie jest nieśmiertelne. Ważna jest świadomość przemijania. Liczy się najprostszy gest, poruszenie serca, spadające za oknem liście czy pierwsze płatki śniegu.

Niezależnie od kierunku, w jakim podążamy, czy intencji, jakie nam przyświecają, trzeba kierować wzrok coraz dalej i dalej. Nie wolno niczego udawać, zatrzymywać się wpół drogi, a tym bardziej cofać, rezygnować z obranego celu. „Cisza milczy”, ale wystarczy modlitwa, nikły promień słońca, by odkryć nową drogę, zadziwić się, usłyszeć rozjaśniającego powietrze Boga. Godziny, jakie nadchodzą, mogą mieć smak popiołu albo gorzkiego pocałunku, ale też w krzaku leszczyny świta nowy dzień. I inaczej patrzymy wtedy na niebo, „dachy porosłe mchem”, a nawet własne ciało.

Ten, kto ma oczy otwarte, kto nie boi się kontaktu z przyrodą, kto nie ucieka od samego siebie, ten nie gardzi niczyją obecnością, potrafi „martwić się / z powodu zabitego zająca”, cieszyć się z nadchodzącej chwili, otworzyć ramiona na powitanie. Każdy pragnie bliskości, myśli o tych, których kocha, ale też musi pamiętać, że „zegar świata” nie spóźnia się, uścisk dłoni staje się coraz słabszy, usta nie składają się „do mocniejszego pocałunku”. Zwyczajność przemijania trwoży i napawa lękiem, lecz trzeba się z nią pogodzić. Rozpoznajemy ślady przeszłości, przejmujemy jakąś tradycję a zarazem chcemy ją kształtować. Trzymamy się ziemi a jednocześnie zabiegamy o to, żeby nasze widzenie nie było śmiertelne.

Nadzieja, o jakiej mówi autor „Ognia dobrej śmierci“, nie jest radosnym oczekiwaniem, naiwną igraszką, ucieczką od realności. „Twoje włosy długie czy lekko podcięte, / wzorem antycznych mód?” - pyta. I chce wiedzieć, jak wyglądał Jezus, jak prozaiczne czynności, które wykonywał, wpływały na jego postawę, styl bycia. Naśladowanie Chrystusa nie jest abstrakcyjnym wezwaniem. Maryja czy Józef nie są postaciami z mitologii, a podążanie ich śladem nie jest żadnym spektaklem, manifestacją. Jest niesieniem „w sercu i Boga i Syna”, ciągłym ogołacaniem siebie i bezinteresowną ofiarą. Ciało tak długo pozostanie niespokojne, póki nie uciszy się w Bogu, nie odkryje, iż tylko On może tchnąć w nas ducha i ocalić.

Nie chcemy być sami i nikomu niepotrzebni, a tym bardziej przegrani. Każdy dzień jest walką, bo i miłość „musi walczyć o przetrwanie”, ale jest też odkrywaniem, nagłym olśnieniem, cudem, niespodziewanym zachwytem. Ciemność i światło, nasycenie i odczuwalny brak, krople porannej rosy i niedomknięte drzwi, serce nabierające odwagi, „zwykła chwila piękna” i grzech, słabość lub błąd. Niebiosa wchodzące przez otwarte okno, ręce składające się do modlitwy i oczy, które widziały skały w Monument Valley, ale też własną niemoc i ból. Śmierć zabierająca najbliższych i dzwony bijące na Anioł Pański. Mała, najmniejsza, opuszczona niegdyś kraina i niebieska ojczyzna, której bramy dopiero musimy przekroczyć. Oto nasza droga.

„Cóż czynić teraz, / gdy wiem, co może śmierć?” Co zrobić, kiedy w życiu tyle sprzeczności, gdy najbliżsi odchodzą a przyjaciele nie odzywają się nieraz przez lata? Dlaczego „miłość / nie pozwala się dotknąć” a rozum zadaje dręczące pytania? Dlaczego tak często stajemy w sytuacji bez wyjścia a czas ogołaca, okazuje się bezlitosnym sędzią? Dlaczego zawodzą nasze rachuby? Gdzie są domy, które do niedawna tętniły życiem? Gdzie entuzjazm, dziecięcy zachwyt, niewinność spojrzeń, beztroska oczekiwania? Bóg jest i łączyć z Nim mogą „tajemnice: / ciała i krwi”, jednak pozostajemy „na przeciwległym brzegu”. Nasze opuszczenie nie jest samotnością Jezusa w noc pojmania, ale przeżywamy podobne rozterki, odczuwamy lęk na widok zagrożenia, chcemy uniknąć najgorszego. O wyborze drogi decyduje jednak cel, do jakiego zmierzamy. O wyborze decyduje serce, a może Bóg.

W swoich wierszach Jan Sochoń próbuje zatrzymać czas, utrwalić znikające ślady, a jednocześnie zdaje sobie sprawę, że przemijają chwile, giną krajobrazy, pustoszeją domy, odchodzą od nas najbliżsi. Dotyk, jaki przemieniał, uczucie, jakie nosiliśmy w sobie, spojrzenie, którego nie umiemy zapomnieć, ogień płonący w duszy i nienasycona wyobraźnia - wszystko wydawało się trwałe. Z czasem przychodzi świadomość, że to, co każdemu najbliższe, czyli własne ciało, „będzie w niebie”, że nic nie jest na własność, ani nawet na dłużej. Łóżko, własny pokój, bielański las, cisza, jaka otulała przedmioty, a nawet szczęście - stają się znakiem, zwiastunem ostatecznej przemiany. Dłonie będą tęsknić i odczuwać ból, stopy strawi ogień, skończą się spacery po Krakowskim Przedmieściu, odezwie się nieznane echo i trzeba będzie rozpocząć zupełnie inną rozmowę. Czy starczy wtedy sił i nie zabraknie słów?

„To niewiele znaczy, a jednak / boję się, gdy siły życia ustają, / gdy wiem, że ostatni raz / widzę słońce, jabłko na stole / i kartkę z miłosną prośbą” - czytamy w wierszu „Kartka“. Takich wierszy-próśb, wierszy-dziękczynienia, wierszy-medytacji jest wiele. Bóg czeka na słowo, ale też czekają inni, niekoniecznie najbliżsi, by nie być wydanym „na pastwę niemych pragnień”. My, którzy chcemy uchodzić za samowystarczalnych, racjonalnych, uporządkowanych musimy pamiętać, iż nie jesteśmy jednością. Rozum i serce nie zawsze potrafią ze sobą się zgodzić. Ciało i dusza chciałyby być razem, oczy i stopy powinny prowadzić w tym samym kierunku, lecz przecież jest inaczej. Bóg musi się nad nami pochylić, byśmy mogli usłyszeć szelest opadających liści, ciepły oddech czy jesienny podmuch. Jego miłosny szept jest potrzebny, byśmy mogli zrozumieć, czym jest prawdziwe szczęście, a Jego pomocna dłoń - byśmy umieli „oddzielić dobro od zła”, ziarno od plew, nadzieję od naiwności, głód od pożądania, pragnienie od chciwości, czułość od czułostkowości, miłosny pocałunek od zdradliwego gestu.

Nasze ciało i dusza ciążą ku ziemi i niebu. Nie wszystkie nasze tęsknoty zostaną zaspokojone a prośby wysłuchane. Głód obecności, głód Boga, głód miłości, a zatem i żywego słowa, prawdziwego uczucia, rzeczywistej aprobaty, towarzyszy nam po kres. Gdyby go zabrakło i przestalibyśmy o cokolwiek pytać, czegokolwiek pragnąć, o czymkolwiek marzyć, kogokolwiek kochać, z pewnością wystarczyłby lapidarny zapis, melodramatyczny obraz, prozaiczny widok, znak na murze, zwyczajowy uśmiech czy sztuczne łzy. Wiersz rodzi się wtedy, gdy - zdać by się mogło - wszystkie źródła się wyczerpały, a myśli dosięgają dna albo szybują wysoko.

                                                     *

Nie wolno rezygnować z własnych pragnień, ani zdać się „na podmuchy przypadku”. Trzeba wciąż otwierać oczy, dłonie, serce, ramiona. Trzeba pozwolić światłu przeniknąć przez skórę albo zbudzić się z długiego snu i po ciemnej nocy, po niemej ciszy, po wielu samotnych godzinach wypowiedzieć słowo nadziei, zamknąć je w wierszu lub w sercu.

„Ogień dobrej śmierci“ to zapis czasu, który się nie kończy, to droga, jaką wybrał sam autor, wędrówka, w której „wiele zrodzi się chwil” i wiele pojawi się nierozstrzygniętych pytań. Życie i umieranie, oczekiwania i rozstania, jasność i ciemność... „Nic nie jest na niby”, choć nic nie jest pewne ani oczywiste. Odpowiedź istnieje, lecz nikt, oprócz Boga, jej nie zna. Dlatego - jak to czyni Jan Sochoń - warto stanąć przed niewidzialnym lustrem i, patrząc na własne ciało i duszę, zapytać: czym jest miłość i śmierć?

 

Marek WITTBROT

Prezentowany tekst stanowi posłowie do mającego się ukazać w pierwszej połowie 2001 roku nowego tomiku poetyckiego Jana Sochonia.


Na zdjęciu: 
Jan Sochoń 
w Wielkim Kanionie 
(USA, 1999)
Fot. Anna Pawelec


.