.


Dookoła świata
SPOTKANIA Z AUGUSTEM ZAMOYSKIM

August Zamoyski urodził się w 1893 roku w majątku Jabłoń na Lubelszczyźnie. Studiował prawo na Uniwersytecie we Fryburgu. Był uczniem monachijskiego rzeźniarza Josepha Wackerle. Mieszkał i pracował w Berlinie i Monachium. W 1924 zamieszkał w Paryżu. Po wybuchu wojny, w 1940 roku, wyjechał do Rio de Janeiro. Często, podczas swojego pobytu w Brazylii, przebywał i wystawiał swoje rzeźby w Nowym Jorku. W 1951 przeniósł się do Saõ Paulo. W 1955 powrócił do Europy, najpierw do Paryża, gdzie zamieszkał w klasztorze dominikanów, a następnie - po ślubie z Hélène Peltier w 1959 roku - w Saint-Clar-de-Rivière koło Tuluzy. Tam spędził ostatnie lata swojego życia. Zmarł po ciężkiej chorobie 19 maja 1970 roku.

Helena Zamoyska, 
Saint-Clar-de-Riviere 1991
Fot. Marek Wittbrot

"Wenus" Augusta Zamoyskiego
Fot. Marek Wittbrot

Pracownia rzeźbiarza
Fot. Marek Wittbrot

W październiku 1964 roku już w Krakowie spotkaliśmy się ponownie. Przyjechali do Polski swoim malutkim samochodzikiem. Ich pobyt tutaj nie należał do najprzyjemniejszych. Pana Zamoyskiego dopadła choroba. Leżal w szpitalu, na Kopernika, pod siedemnastym, po ciężkim zapaleniu płuc. Poszłam go odwiedzić. Mizerny i wychudzony tłumaczył pielęgniarce, że chociaż bardzo długo był sam, nigdy nie był samotny: „Jest coś tam w sercu, wewnątrz, co żyje w człowieku... Ja się podpisuję: P.K.Z. - Polak - Katolik - Zamoyski.“ Nagle gwałtownie zaczyna grzmieć na czarne stemple, którymi znaczona jest szpitalna bielizna pościelowa. Nie może na to patrzeć. Nie może też zrozumieć, że w tym zdawałoby się doskonałym szpitalu ludzie z ciężką chorobą serca muszą, na własnych nogach, chodzić na badanie na trzecie piętro...

W kilka dni potem dalszy ciąg grzmotów słyszały ściany „Wierzynka”. Pan Zamoyski siedzi nad stołem w swoim wycerowanym szaroniebieskim swetrze. Dzieli się wrażeniami z pobytu w Polsce. Jest wstrząśnięty tym, co zastał: biedę materialną i dezorganizację.

- Wy tu jesteście swięci, że to cierpicie...

Opowiada o spotkaniach w Warszawie:

- Chcieli zrobić moje zdjęcie pod pomnikiem Armii Zwycięskiej. Powiedzialem: dobrze, ale jeśli tam, to także na Krakowskim Przedmieściu, pod statuą Chrystusa przed kościolem św. Krzyża. Żeby było wiadomo, że człowiek ma możność wziąć w rękę nie tylko miecz.

A potem plany: pragnąłby na Millenium zrobić statuę Mieszka. Mieszko klęczy przed chrzczącym go biskupem. Blok marmuru mogłaby zakupić Polonia. Rozważa głośno możliwości konkretyzacji projektu.

Mieszko... Chrzest Polski... Millenium. W sposób jeszcze bardziej oczywisty rozumiem, dlaczego pytał kiedyś w Saint-Clar o Gołubiewa. Dlaczego z takim naciskiem pytał o niego. Intuicją artysty widział w nim analogiczną do swojej monumentalność zarnierzeń i dzieła, bogactwo danych im dyspozycji twórczych. Możliwość ukazywania nowego, godnego człowieka porządku świata.

Ostatniego dnia pobytu w Krakowie przyjeżdża oddać mi pożyczone książki. W długiej starej opończy, z siwą czupryną, z uważnymi oczyma jest malowniczy, bardzo polski i wiejski. Świadomy swojej wielkości.

***

Z okazji Nowego Roku 1965 przychodzą z Saint-Clar życzenia. Jeszcze dziś - po latach, gdy je czytam - odczuwam w nich autentyczną serdeczność, gościnność i przyjaźń. Wierzę, że naprawdę byłam w ich domu obecna w tym okresie Bożego Narodzenia, kiedy to - jak pisze pan Zamoyski - „świece, jakie nam Pani dała podczas braku światła na Wawelu (gdzie mieszkali w czasie pobytu w Krakowie - M. W.), świeciły nam na drzewku Gwiazdkowym“.

Życzenia pisane są na nie bardzo „okolicznosciowej“ kartce, gdyż przedstawia ona reprodukcję XV-wiecznej miniatury z Matką Boską pochyloną w bólu nad ciałem zdjętego z krzyża Syna. Podtrzymuje Ją św. Jan. Nad nimi Bóg Ojciec.

Do treści tej miniatury nawiązuje August Zamoyski, nie dość zresztą precyzyjnie wyrażając swoją - nieustannie, od lat go niepokojącą - myśl o dopuszczonym przez Boga na człowieka i świat cierpieniu: „Św. Jan z zarzutem gorzkim spogląda na Twórcę, nie rozumiejąc Stworzenia - ja też z trudem“ (podkreślenia - A.Z.).

A potem zerwała się nić korespondencji. „Mon mari a retrouve sa forme et travaille beaucoup - moi aussi“ - „Mój mąż wrócił do sił i dużo pracuje - ja także“ - pisze pani Zamoyska. I ja na pisanie nie miałam czasu i warunków. Śmierć Augusta Zamoyskiego w 1970 roku zdawało się położyła pieczęć zamykającą tę naszą przyjaźń - znaczoną paroma tylko spotkaniami. Okazało się jednak, ze czekała tyiko okazji, aby się znowu objawić.

Z końcem lutego 1978 roku znalazłam się w południowej Francji, w pobliżu Tuluzy. Z Grisolles, zasobnej - mimo, że niszczonej wylewami Garonny - wsi, zatelefonowalam do Saint-Clar. Z pewnym zażenowaniem, po latach milczenia. Miałam nawet wątpliwości, czy Helene pamięta mnie jeszcze. W telefonie głos jasny, radosny:

- Proszę przyjechać. Jutro. Jak najwcześniej, póki dobre światło, żeby zobaczyć rzeźby. Mój mąż zawsze wspominał panią.

Ja też pamiętam. W Grisolles mieszkam w domu Anne-Marie Labit-Esquirol, kustosza muzeum w Agen. Jest ona zainteresowana rzeźbami Augusta Zamoyskiego. Jedziemy razem. Za oknem samochodu siąpi deszcz. Jest zimno i pochmurnie. Błądzimy wśrod wiejskich dróg. Nie jest łatwo trafić do Saint-Clar - trzeba dojechać do drogi łączącej Saint-Lys i Saint-Clar.

Chyba wreszcie trafiliśmy... Jednak z wahaniem wskazuję zacieniony drzewami dom.

- Tak, to tutaj! Jakże rozrosły się otaczające go drzewa i krzewy. Ich wzrost uświadamia własny czas przemijania. Słońce rozjaśnia szarość chrnur. Święty Jan jak - dawniej wzywa z podniesioną ręką, aby rownać doły z górami. Wenus - w zamysieniu nad niepojętymi tajemnicami natury kobiecej? ludzkiej? bytu samego w: Pani domu zjawia się dopiero po chwili. Widzę ją z daleka wśród drogi. Drobna i dziewczęca idzie z trzema ujadającymi psami. Zamyka je w stojącym w pobliżu samochodzie.

- To za karę - tłumaczy nam. Zaatakowały mojego sąsiada, który wyjechał w pole konno. Musiałam go ratować.

Odnajdujemy się natychmiast, jakby te godziny, które tu spędziłam były wczoraj, a nie siedemnaście lat temu.

Idziemy na znajdujący się w ogrodzie grób Augusta Zamoyskiego. Na nim wykonana na kilka miesięcy przed śmiercią rzeźba „Zmartwychwstanie”: wygięte w ostatecznym wysiłku wyzwolenia i oderwania się od krzyża ziemi, ciało Chrystusa spręża się boleśnie i zwycięsko. Ręce i nogi wolne już od obezwładniającej materii gwoździ. Zwycięża życie.

„Z martwych wstanie” - tak napisał Artysta na kartonie wiszącym na ścianie swojego domu.

„W wyzwalaniu się z niewoli ciała za nieodzowną uważał Zamoyski ascezę“ - czytamy w opracowanym przez jego żonę „Portrecie Artysty”. Jego wola panowania nad ciałem nigdy nie osłabia: „W czasie ostatniego lata wola jego życia, gdy wycieńczony chorobą nowotworową, nie mógł się już utrzymać na opuchniętych nogach, cudem woli wykańcza dwa duże posągi. Kładzie się na pół godziny, pracuje dziesięć minut, potem znowu odpoczywa i tak do końca.“

Śmierc była dla Augusta Zamoyskiego także i w tym znaczeniu powrotem do życia, że wolno mu było zostawić swą pracę, swój trud i umęczenie. Tylko ona mogła go uwolnić od slużby Sztuce, która będąc jego miłością niczym gwoździami trzymała go na krzyżu dobrowolnie przyjętego i radośnie pełnionego obowiązku.

Nic w jego rzeźbach nie ma „wydumanego“ jak powiedzieliby młodzi. Wszystko jest przeżyte, autentyczne. Utrapieniem pani Zamoyskiej są sowy, których tu jest dużo, a które każdej nocy zostawiają ślady na rzeźbach.

- Czyszczenie ich to moje codzienne zadanie. - Okazuje się, że nie jedyne, gdyż, poza wykładami na Uniwersytecie w Tuluzie, jest merem - wójtem w miejscowej gminie. Przy herbacie rozmawiamy o Polsce - jakże mogłoby być inaczej. Jest w szczegółach lepiej zorientowana niż ja, która blisko dwa miesiące temu wyjechałam stamtąd. Od czasu do czasu wplata wspomnienia osobiste. Opowiada jak to przygotowując się do pierwszego spotkania z nieznanym jej jeszcze rzeźbiarzem-Polakiem, zdecydowała się włożyć swój najbardziej odświętny strój, pąsowy kostiumik. Dopiero znacznie później dowiedziała się, że pan Zamoyski jest daltonistą i nie strój zrobił na nim wrażenie. Nie mam co do tego wątpliwości. Jeśli już szukać w skomplikowanej siatce międzyludzkich układów elementów racjonalnie uchwytnych, to raczej przypuszczać można, że miało swoje znaczenie jej zainteresowanie dla Polski i entuzjazm żywiony dla Polaków, szczególnie dla osoby kardynała Wyszyńskiego.

- Potem, gdy zamieszkali już w Saint-Clar, tym, co budziło jej nieustanne zdumienie i radość, było bogactwo osobowości jej męża. Po każdym powrocie do domu ze wsi czy ze spacerów w pola, przynosił jej coraz to nowe wrażenia i owoce przemyśleń... Skądś to znam - szukam w pamięci...

...Gdy wracarn z codziennej drogi,
Cały rozplomieniony,
Pytasz się, cała w płomieniach
Jakie przynoszę plony

- pisal Kasprowicz, gdy u schytku życia spotkał - podobnie jak Zarnoyski - „najprzedniejszego ze swych gości, jedną już tylko na świecie“.

Pani Zamoyska opowiada, że niedawno urządziła wystawę rzeźb męża w Tuluzie. Zainteresowanie było bardzo duże. Wybrali się na nią także mieszkańcy Saint-Clar. Dziwili się, że takie wspaniałe rzeczy tworzył człowiek, który zwyczajnie i skromnie żył między nimi. Rzucali zadziwiające uwagi: 15-letnia dziewczyna zdumiała się, że „wszystko jest takie jednorodne“. Młody człowiek, którego nikt by nie posądził o głębszą refleksyjność, zachwycił się Modlitwą.

Z bliskiej domu mini-sadzawki dochodzi rechot żab. Kiedyż ja słyszałam żaby? - pytam samą siebie. l nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo mi jest potrzebna ta struna wiejskiej ciszy.

Ostatni uścisk i uśmiech pożegnania.

- Do zobaczenia, w Polsce. Chyba wiosną - obiecuję Hélène.

Spoglądam na dom i dalej ku górom. Przez jakąś szczelinę doznań wkrada się cień zniechęcenia czy może wewnętrzny bezsensowny sprzeciw. Co też ja mam przeciwko Pirenejom? - mityguję samą siebie. Był kiedyś Roland Szalony w wąwozie Roncevaux, była Bernadette Soubirous w Lourdes, dlaczego u podnóża Pirenejów, w Saint-Clar-de-Rivière nie moze być August Zamoyski? - Ale przecież żal, że nie w obliczu ukochanych Tatr tworzyl swoje dzieła i że nie u ich podnóża zostawił je światu i Polsce. W jednym ze swoich listow zapraszał: „Niech Pani kieruje do nas wszystkich, którzy by się tu wybierali...“

Nie trzeba by jeździć aż tak daleko.

Cała Polska mogłaby zjeżdżać do niego. Chciałoby się to wszystko: dom z zacieniającymi go drzewami sadzonymi przez niego, i rzeźby, i jego grób - razern z nią jasnowłosą Hélène - zagarnąć na wielką czarodziejską tacg i przenieść o tych parę tysięcy kilometrów na wschód, do jego ojczyzny, o którą się troskał i do której tęsknił. Cóż, kiedy nie ma ani czarodziejskiej tacy, ani żadnej klauzuli rewindykacyjnej. Niechże więc tam - u stóp Pirenejów - pełni swoje ambasadorowanie - konkluduję z rezygnacją.

***

Nasze spotkania trwają. Zmieniły tylko formę. Każde z nich zostawia ślad bogacący. lle razy przechodzę koło kościoła Ojców Franciszkanów w Krakowie, choć żałuję, że przy wielkim bloku Bazyliki, a przeznaczona była do Katedry Wawelskiej, statuła kardynała Sapiehy wygląda tak nikle, - „jak wygnaniec“ - mówi mój znajomy, to przecież odżywa wspomnienie wielkiego Księcia Kościoła. Takim go właśnie pamiętam w 1949 czy 1950 roku, gdy będąc we wrześniu w Zakopanem chodziłam na Mszę świętą do Księżówki, gdzie odprawiał ją Kardynał. A szły wtedy lata ciężkie dla Polski. Jednak nie w tym istota rzeczy. Kardynał Sapieha był dla Augusta Zamoyskiego okazją, aby powiedzieć, czym jest modlitwa. Wszakże rzezbę swą nazwał „La prière” (na cokole napisal: „Modlitwa w ciemną noc okupacji“).

Kardynał jest jak ptak, który w śmiertelnym niebezpieczeństwie znalazł z niego wyjście i ratunek niezawodny. Zaciśnięcie splecionych palców nie jest tylko gestem, wyraz twarzy nie jest przybraną maską. To refleks Mocy, której zawierzył. Intensywność kamiennego skupienia mówi o pełnych trudu latach, jakie przeżywał - per negationem - o kruchości ludzkich sił, nawet tak potężnych, jakimi Pan Bóg go wyposażył. Tej rzeźby nie mógł zrobić człowiek niewierzący.

***

Nasze spotkania trwają. Także dzięki książce, która jest zbiorem artykułów i rozważań Augusta Zamoyskiego. „Au-delà du formisme” poprzedzony „Portretem Artysty”, napisanym przez jego żonę, jest okazją do odnajdywania tego, co ledwie zauważyłam, potwierdzeniem tego, co przeczuwałam.

On, który przez całe życie szedł od jednej do drugiej wielkiej przygody, który w młodości bił rekordy sportowe, susem jednej decyzji zmieniał kraje, będące etapami jego twórczości, przekraczał ocean, a właściwie całe życie w mozole i umartwieniu służył Sztuce, wyjaśnia wewnętrzny porządek i hierarchię tych przygód, rekordów, zamierzeń i osiągnięć: „Poza swiętością nie ma nic większego, nic bardziej trudnego niż być artystą.“ Pisał człowiek emanujący wewnętrzną nieprzytłumioną, młodością i entuzjazmem. To „Bóg uweselał młodość jego“ - mamy prawo powiedzieć.

***

...A teraz nieugięta wola jego żony, spełniającej pragnienia męża, mimo trudności zdawałoby się nie do pokonania, sprowadziła go do Polski w jego dziełach ukazanych w muzeach Warszawy, Poznania i Krakowa.

Maria WŁADYCZANKA

W roku bieżącym mija 30 rocznica śmierci Augusta Zamoyskiego, artysty, który - jak pisała jego żona Helena - „pragnął przekazać w swym dziele potrzebę piękna i wiarę w Boga“. Z tej okazji pragniemy powrócić do - ukazywanej kilkakrotnie na łamach „Naszej Rodziny“ - sylwetki polskiego rzeźbiarza. Wspomnienia Marii Władyczanki ukazały się na przełomie 1994 i 1995 roku. Obecnie przypominamy ich drugą część („NR“, nr 1 /604/ 1995, s. 23-25).