.


Co? Gdzie? Jak?
Obrazek z Warszawy
W MACKACH OBŁĘDU

Upał objął mnie swoimi ramionami stanowczo. Tak, jakby chciał powiedzieć, że dzisiaj nie pozwoli mi na konstruktywne działanie. Stoję więc na przystanku i mrużę oczy przed natarczywym spojrzeniem słońca. Zaraz podjedzie czerwony, dyszący z gorąca autobus, żeby zabrać z przystankowej planety tłum zmęczonych mieszkańców. Rozpocznie się kolejna walka o kawałek czerwonej ceraty z niklowanym oparciem. Ciekawe, czy i tym razem padnie rekord w rzucie torebką na odległość. Mam swoje typy. Ta starsza pani z lewej strony, choć wygląda na steraną życiem, na pewno zostanie przodowniczką w tej dyscyplinie. Dużo w niej gniewu i determinacji. Pewnie nie może się doczekać emerytury - listonosze chodzą jak im się podoba.

Lokalizuję się przy metalowej rurce, przyciskając do siebie torebkę. Wczoraj jakiś osobnik dwoił się i troił, żeby mi ją wyrwać. Mówiłam, że kupię sobie mniejszą i poręczniejszą. Nie raz rozwścieczona pani rzucała uwagi pod adresem „wystającej, zajmującej pół autobusu torebki”. No, bez przesady! Nie jeżdżę przecież z kreślarską teczką. Teraz tylko uruchomić walkmana i mogę podążać z pieśnią w uszach do pracy. Ogłuszam się tak od czterech lat. Nie każdemu to się podoba. „Ciągle tylko muzyka i muzyka” - gderała w środę jakaś objuczona siatkami kobieta. Otworzyłam usta, żeby coś odpowiedzieć, ale już się nauczyłam liczenia do iluś tam, więc i tym razem pomogło. Głośniej. Nie chcę wysłuchiwać z każdej strony o milionie strasznie ważnych spraw. Co mnie tam obchodzi czyjaś niewypłacalność, spłata kredytu, odjazdowa impreza, czy kolor oczu „tego, super z IIIc”. Na rondzie ONZ prawie wypadam z autobusu. Standard. Zawsze przecież komuś spieszy się bardziej niż mnie. Na przystanku wpadam na Martę. Kopę lat, stara! Co u ciebie? A słyszałaś, że napadli we wtorek, na Bródnie? Skroili mu kurtkę i komórkę. Ale numer! A nie są już razem. No, wreszcie się zdecydowali. Strasznie śmiesznie razem wyglądali. Zadzwoń do mnie czasem. No, to buzi. Pa!

W redakcji dopada mnie telefon od Piotra. Nie mogę jeszcze przyjść, w nocy ukradli mi samochód. Nie wiem, jak to możliwe, miałem alarm. Pogoń grafików, chyba skopali ostatnią kolumnę. W pokoju grafików upał przyciska mnie do ściany. Komputery rzężą ostatkiem sił. Mam ochotę zemdleć. Wchodzi naczelna, narzekając na źle złamaną kolumnę kulturalną. Wojtek rzuca mi spojrzenie sugerujące, że chętnie by złamał nogę naczelnej. O 15:00 wraca połowa kolumn z wydawnictwa. Nie tak, nie tak, źle. Graficy klną jak szewcy. Znowu będziemy mieć obsuw. Artystyczny kłóci się z naczelną. Chciałabym się ogłuszyć muzyką, ale to niestety nie autobus. Na biurku wita mnie informacja o pięciu tekstach do zredagowania, w sieci. Jest szansa, że jednak dzisiaj zrobię coś konstruktywnego. Może po prostu wyłączę komputer z sieci. Wtedy zapanuje obłęd, a mnie chyba zamordują.

Monika BIELKIEWICZ

Monika Bielkiewicz dzieciństwo i młodość spędziła w Rumi, w 2000 roku ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim.

Na zdjęciu: Monika Bielkiewicz, Warszawa 1999, fot.: Michael Wittbrot