
 |
Dylematy
ŹRÓDŁO
1.
Dotrzeć. Dotrzeć tam za wszelką cenę. Nie zatrzymywać się, tylko iść,
niczym do raju. Przedzierać się przez pytania o samego siebie. Nie ustawać,
tylko iść, nie tracić czasu. Biec, biec po nagrodę przeznaczenia. Bo chyba
jest przeznaczenie. Jest wybranie, stroma scieżka, niczym droga mistyki. Jest
przecież dno, czy też początek, pomimo że u kresu. Jest Słowo, które
ocala, zachowuje i jednocześnie wyzwala od samego siebie.
Jak
dalej postępować pośród zagubienia? Szukać? Jakby pozostała jeszcze
szansa, wyzwolenie. Jakby istaniał jakiś sens poza niemożliwością, która
powoli zatacza coraz większy krąg. Ostatnie ściśnięcie, zacisk, poczucie
bezradności i głupie pytania. Ale głupich pytań podobno nie ma, są tylko
nierozumne odpowiedzi, które zagłuszają, nie pozwalają prawidłowo odczytać
znaków. To one stają się drogą. Jednak nie sprowadzają na manowce.
Poszerzają nasz świat patrzenia, czucia. Poszerzają serce. Pomimo, że tak
łatwo o fałsz bycia pewnym. Pomimo, że tak łatwo o wyśmianie, bo wszystko
dzisiaj nabrało dwóch, trzech i więcej znaczeń. I zabrakło nam pewności
w stosunku do samych siebie, zabrakło wiary, że jeszcze może być normalnie
i dobrze. Bo chyba widząc znaki, słysząc głosy i śmiech dzieci... Być może
właśnie dla nich i w ich imieniu należy się wciąż starać i brnąć
dalej pomimo zmęczenia. Być może dlatego tak ważne staje się chodzenie po
krawędzi, przekraczanie nieznanego, zabronionego, bo dzięki różnym doświadczeniom
rozumiemy, czym jest potrzeba domu, pragnienie bycia u siebie, bycia pewnym głoszenej
prawdy.
2.
Zamykać oczy i tylko słuchać odgłosów. Nie iść, ale dać się prowadzić
dobrym ludziom i przeczuciom. Nie czynić nic, ale zdać się na łut szczęścia.
Być może przyjdzie miłość, tak jak przychodzi pokusa, z wolna, lecz
natarczywie, niezauważalnie, lecz trwale. Miłość, niczym walka, niczym
sprzeczne pragnienia, chwile radości i coś wręcz rozdzierającego serce,
duszę, człowieka. A później tylko rozpiętość ramion pośród decyzji i
dalsze poszukiwania drogi i pewności. Tak jakby wszystko, co było
dotychczas, przestawało się liczyć. Z tym, że stare przemija a nowego
wcale nie widać.
Miłość
nieznana. Niekochana, nierozpoznana, niechciana, kupowana. Niekoniecznie ta z
ulicy, bo wszak jeszcze od czasu do czasu poczucie wstydu, skrępowania,
dlatego łatwiej w domu, wobec siebie, jej, dzieci... Dobra mina do złej gry,
szkoda, że nie odwrotnie. Miłość. Poczucie jeszcze czegoś, czego zabrakło,
chwila, która mogła mieć wartość, ważność, sens, odrobinę nas samych.
3.
Nie pozwolić pamięci o sobie samym na zapomnienie. Nie tworzyć kolejnych
pozorów, lecz tylko być dzielnym w obliczu życia, wciąż poszukujac
prawdy. Nie dać się zastraszyć pozorom i sztuczności. Nie iść na
konformistyczne kompromisy z sobą samym, lecz sprawiać, ze proste i
zwyczajne nadal jest takie same, nie nagle zawiłe, niejasne, nikomu nie
znane. I przebaczać. Samemu sobie wpierw: za kompromisy i zaułki
zhandlowanych słów, łatwych pocieszeń, gładkich słów otuchy, których
ostatecznie nikt nie pragnął. Za dożywocie myśli skazanych na potępienie
też należy przebaczyć. Przywołać, by ocalić siebie od smutku i niejasności.
Tak bardzo trzeba światła pośród drogi.
4.
Modlitwa. Niczym we mgle. Drobne kroki ufności, kamyki zbierane jakby miały
jeszcze się przydać do wznoszenia domu, może świątyni. Skały, tylko że
nie z kamienia. Góry słów i nadziei. I pragnienia bycia wielu podobnym.
Znanym, ważnym, cenionym. Bo coś się jeszcze liczy.
Pusty
śmiech i głucha modlitwa, odsłaniająca nagość wobec samego siebie,
pokazująca, że doskonałość jest tak często maską, grą świateł, lecz
nie Światła. Zmęczenie daje w każdym razie znać o sobie, jak nie teraz,
to później. Być może jednak jest inaczej: istnieje taka chwila, która nas
przemienia. Czy dlatego tylko ci, którym pozostało podarowane jeszcze kilka
dni życia, mają odwagę bycia szczerymi?
5.
A zatem nadal chodzi o podstawowe pytanie: jak żyć? Jakich dokonywać wyborów,
jak przekraczać granice? Jak zostawiać miejsca pełne „świętego
spokoju”, by coś ostatecznie wykrzesać z siebie? Jak zachować pokój w ciągłej
zmianie i pytaniu o samego siebie: co jest ważne? Czy odwaga, miłość i
prawda wystarczą? Czy istnieje możliwość połączenia trzech w jedno? Czy
są to nadal ważne dla nas słowa? A może nadal są to tylko wykręty od
czynów, stan zawieszenia, pozwalający z czasem uzyskać bardzo wygodną
pozycję, swoiste długodystansowe ustawienie perspektyw. I to tylko w tym
celu, aby osiagnąć dobre imię. A więc nadal zwycięstwo ambicji zamiast
obawy o jutro? Zamiast odczytywania znaków, które się pojawiają - gotowa
odpowiedź na wszystko? Stan perfekcji nieświadomie odmierzonej codziennym
marazmem? Byle do przodu? Tylko, że tak po prostu nie można dalej, kiedy nie
wiadomo dokąd...
a
nade wszystko żebym był pokorny to znaczy ten który
pragnie źródła
-
czytamy w „Modlitwie Pana Cogito - podróżnika“.
|