.


Świadectwa
Moje życie (3)

MAZURSKA ESKAPADA I GDAŃSKA STOCZNIA
Z Pawłem JOCZEM rozmawia Marek WITTBROT

Paweł Jocz. Urodził się w 1943 roku w Wilnie. Rzeźbiarz, malarz i rysownik. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Po raz pierwszy pokazał swoje prace w 1967 roku w Sztokholmie. Wystawiał w wielu krajach Europy, uczestniczył w ponad pięćdziesięciu indywidualnych wystawach. Jest autorem monumentalnym rzeźb "Solidarność ludów" (Wielsbeke w Belgii) oraz "Elewacja" i "Chmura poety" (na obrzeżach Paryża). Jego prace znajdują się w siedzibie Polskiej Akademii Nauk w Paryżu i Bibliotece Polskiej na Wyspie św. Ludwika. Robił ilustracje do książek, a także pisał teksty poświęcone sztuce współczesnej. W 1988 roku ukazał się album "Paweł Jocz" wydany przez Museum de Metzhuius w Wielsbeke, który traktuje w sposób retrospektywny na temat twórczości malarskiej, rzeźbiarskiej i rysunkowej. W 1999 ukazały się dwa albumy: „Paweł Jocz -twórczość“ i "Wanted - rysunek". Od 1967 roku mieszka we Francji.

- W 1957 rozpocząłeś naukę w liceum Mikołaja Kopernika w Łodzi.

- Żeby wejść w atmosferę nowego miejsca, muszę spróbować zamknąć czas szkół podstawowych. Po raz pierwszy zostałem wywalony ze szkoły przy ulicy Andrzeja, za uświadamianie kolegów i koleżanek, jak kobieta zachodzi w ciążę i w jaki sposób rodzą się dzieci. Z przejęciem i bez krztyny złej woli albo - powiedzmy inaczej - „grzesznej“ postawy, rysując kredą na tablicy kobietę w ciąży i mężczyznę, z wypiekami na policzkach przekazywałem uświadomienie dziecka otrzaskanego w literaturze ginekologicznej swojej matki.

- Jak zareagował nauczyciel?

- Nie miałem szczęścia. Jeden z nauczycieli uznał to za demoralizację i zaproponował, bym przeniósł się gdzie indziej. I tak, po raz pierwszy w życiu zaliczyłem, drugą szkołę. Znajdowała się ona na ulicy Piotrkowskiej.

- Czy niefortunne uświadamianie miało dalsze reperkusje?

- Ten szczęśliwy zbieg okoliczności rzucił mnie w ramiona powstającego w 1956 roku, odnawiającego się i wychodzącego po raz wtóry z podziemia, Związku Harcerstwa Polskiego. Dzięki braciom Kępczyńskim stałem się członkiem kursu drużynowych zuchów, który odbywał się gdzieś w okolicach Rabki.

- Co robiłeś na tym kursie?

- Kurs był o tyle ważny, że mogłem poprosić odwiedzającego obóz harcerski Aleksandra Kamińskiego o dedykację. To spotkanie było dla mnie wielkim przeżyciem, ponieważ znałem „Kamienie na szaniec“. Książka dotyczyła młodych harcerzy, którzy oddali swe życie dla Polski. Oczywiście, patrząc na to dzisiejszym okiem, można się zastanowić, jak silna była wtedy świadomość walki, okupacji, krwi przelanej, obozów zagłady, jak żądne odwetu społeczeństwo dyszało pod knutem komuny...

- Jako czternastoletni chłopak byłeś świadomy, co naprawdę się dzieje?

- Jako trzynasto-, czternastoletni chłopak byłem tego świadomy. Zresztą nie tylko ja, ale większość moich kolegów z podwórka czy ze szkoły wiedziała, co się dzieje. Państwem władało ponad milion komunistów. Co nie stanowiło nawet podstawowej, wyborczej przewagi. Komuna rządziła pałą i straszliwą bronią prawną. Wymyślono na czas rodzącego się komunizmu Mały Kodeks Karny, który wbrew wszelkim umowom międzynarodowym sprawował swe rządy. Właściwie każde wykroczenie cywilne czy administracyjne można było podciągnąć pod ten Kodeks. Człowiek, który miał sprzeczkę z bylejakim przedstawiciem władzy, mógł być uznany za wichrzyciela występującego przeciw władzy, przeciw systemowi politycznemu. I mógł w związku z tym zostać skazany z paragrafu karnego. W latach 1948-1954 ów Kodeks zebrał ogromne śmiertelne żniwo.

Oficerowie i żołnierze, którzy wracali z różnych zachodnioeuropejskich pól bitewnych, najpierw byli głaskani za bohaterskie czyny wojenne, a potem osadzani w więzieniach za zdradę państwową i w celach albo pod płotami cmentarnymi cichcem rozstrzeliwani. To samo dotyczy ludzi, którzy stanowili Armię Krajową. AK w roku 1944 liczyła około 350 tysięcy żołnierzy. Byli sukcesywnie aresztowani przez wkraczającą Armię Czerwoną, zmuszani do walki w Wojsku Polskim Wandy Wasilewskiej lub odsyłani na Syberię. Wszystko to stanowiło moją wiedzę.

- I wpływało na Twoją świadomość?

- Dołączam do tego łkanie mojej matki na jakiekolwiek wspomnienie mojej babci. Dlaczego powracam do tego? Bo te przeżycia odebrały na całe życie łatwość widzenia świata i kazały patrzeć poprzez pryzmat cierpienia, smutku i śmierci. Całe lata musiałem walczyć, by stać się normalnym człowiekiem i umieć na siebie spojrzeć właśnie tak jak teraz... z dystansem pięćdziesiątego szóstego roku życia.

- Mając 14 lat nie miałeś dystansu do wojennych wydarzeń?

- Tak i nie. Musiałem się w końcu poruszać po zagmatwanych ścieżkach tamtego czasu. Poruszać się w taki sposób, żeby nie dać się odciąć od możliwości nauki. W każdym razie tamten czas odegrał i odgrywa znaczną rolę w moim życiu.

- Mówiłeś o patrzeniu na życie poprzez pryzmat cierpienia, smutku i śmierci, ale - jak niejednokrotnie opowiadałeś - nigdy nie należałeś do ponuraków.

- Nie należałem do ponuraków. Życie było dla mnie biegiem. Zachwycały mnie zwieszające się nad chodnikiem gałęzie drzew, które trzeba było choćby z wyskoku dotknąć końcówką palców. Czułem napełnione świeżym powietrzem płuca. Młodość, choć w pewnym sensie niewytłumaczalna, ogrzewała jakimś ciepłem istniejącym w obrębie ciała i ducha.

Człowiek składa się z tego, co poznaje i z tego, co przekazali mu rodzice i szkoła. To staje się bazą. Zależnie od tego, jaka była owa baza, potem młodość się wielbi, za nią się tęskni lub ją przeklina.

- W liceum już nie sprawiałeś trudności swoim nauczycielom?

- Nawiązujesz do rysunku, przez który mnie wylano. Hola, hola... Teraz będzie więcej wyrzuceń ze szkół, lecz zanim do tego dojdziemy, muszę dodać kilka słów. Nie było to przejście przez Rubikon czy granicę dojrzałości. Było to życie młodego człowieka, który z pasją poznawał i buntował się przeciw temu, co go spotykało nie tylko w szkole, ale poza szkołą i w domu. W domu niby wszystko było OK, ale atmosfera domowa utrudniała kontakt psychiczny. Ojciec, nie stroniąc od intelektualnych dywagacji, poszukiwał swojego miejsca w skomplikowanej rzeczywistości. Wiele rzeczy było dla niego nie do przyjęcia, zanurzał się więc w swoich procesach sądowych. To z kolei komplikowało moje dojrzewanie.

- Czyżbyś zaliczał się do „młodych gniewnych“?

- W tym okresie już od dawna należałem do młodych gniewnych, chociaż określenie „młodzi gniewni“ zostało ukute dwadzieścia lat później. Skomplikowana atmosfera domowa i przyjście na świat w 1948 roku najmłodszego brata Marcina spowodowało pewnego rodzaju kompleks braku zainteresowania moją osobą. Byłem rzeczywiście dzieckiem gniewnym i zbuntowanym, zachłannym na poznawanie. Moje poszukiwania szły we wszystkich kierunkach. 24 godziny, całą noc i cały dzień, potrafiłem spędzić nad rzeczką koło Łodzi. Tylko po to, by do słoika wpuścić kilka traszek, rybek i żab, a potem dumnie przynieść je do domu zbulwersowanym po nieprzespanej nocy rodzicom. Gdyby to zdarzyło się raz, to zgoda. U mnie była to patia samodzielności odkrywania.

- W szkole, w ławce szkolnej, byłeś równie samodzielny?

- Dziwię się, w jaki sposób profesorowie przepychali mnie z klasy do klasy, gdyż zazwyczaj brakowało mi zeszytu czy odrobionych lekcji, nie mówiąc już o jakiejkolwiek systematyczności. W pierwszym roku swego pobytu w Liceum Kopernika, tuż przed końcem roku, zrezygnowałem z dalszej nauki. Postanowiłem wylanemu z innego gimnazjum Jasiowi Michalskiemu solidarnie potowarzyszyć w bólu zostania na drugi rok. Wykombinowaliśmy wyprawę do Brazylii, lecz zanim - jak postanowiliśmy - mieliśmy dostać się do Gdańska, przed zaokrętowaniem trzeba było się zahartować na Jeziorach Mazurskich. Tam, niestety, schwytała nas milicja i osadziła w prawdziwym areszcie. W „kiciu“ ze szczęścia i ze strachu zabawialiśmy się w pstrykanie się w uszy i graliśmy w szachy figurami zrobionymi z chleba. Za pstrykanie rozsadzono nas do oddzielnych cel.

- Jak długo przebywaliście w areszcie?

- W areszcie oczekiwaliśmy na przyjazd rodziców.

- Gdy was ujrzeli, szczęśliwi nie byli?

- Z ciupy wyciągnął nas mój ojciec. Prof. Ireneusz Michalski był wtedy na kongresie antropologów w Pradze. Trzeba było nas wykupić z aresztu. Odpowiadaliśmy, że znaleźliśmy się w ciupie za brak karty pływackiej, brak karty wędkarskiej, brak rejestracji łódki gumowej oraz brak karty na wiatrówkę. Zważywszy, że w tych czasach był to teren wojskowy, były to w sumie poważne wykroczenia. Można nam było zarzucić wszystko, co wpadło do głowy MO. Wtedy po raz pierwszy i ostatni w życiu widziałem lekko „nawalonego“ ojca. Sami milicjanci zachowali się w stosunku do nas po bratersku. Dali nam nawet pełną siatkę różnych ryb i węgorzy.

- Powrót do Łodzi i do szkoły raczej do triumfalnych nie należał?

- Ojciec w dwóch zdaniach zawarł swoją opinię. W pierwszym pogratulował nam odwagi i miłości do przyrody. W drugim sklął nas z całym wyrafinowaniem litewsko-wileńskiej ekspresji. Z Jasiem stuliliśmy uszy i jak kaczki ociekaliśmy wodą. Za karę ojciec zawiózł nas do Warszawy, gdzie musieliśmy zwiedzić Muzeum Narodowe i zapoznać się ze stanem powstającej z gruzów stolicy.

- Powróciłeś do tego samego liceum?

- Następny rok, również w Liceum Kopernika, nie był szczególny. Tym razem za obronę kolegi i rękoczyn zostałem wywalony ze szkoły na dobre.

- I gdzie się znalazłeś?

- Tak rozpoczęły się moje szkolne peregrynacje. Było ich ponad dziesięć. Poznałem chyba wszystkie licea Łodzi. W końcu ojciec znalazł znajomego z Wileńszczyzny, który pełnił stanowisko kierownika szkoły w Piotrkowie Trybunalskim. Tam udało mi się skończyć pierwszą klasę licealną.

Po skończeniu roku poproszono ojca, żeby mnie zabrał do domu. Zasadniczą przyczyną wydalenia było pożyczenie konia z pustą platformą węglową i pokaz jazdy przez stary gród piotrkowski z panienkami ze „zwierzyńca“ liceum żeńskiego.

- Historia z tablicą w pewnym sensie się powtórzyła.

- Zachowywałem się tak, jakbym rzeczywiście tą tablicą dostał w plecy. Okres piotrkowski był pełen rozwinięcia świadomości. Tam właśnie uzmysłowiłem sobie cele, do których dążę. Myślałem o akademii sztuk pięknych. Prowadziłem dziennik. Robiłem notatki z czytanych książek, z tego wszystkiego, co działo się w tamtej rzeczywistości. Tam zdecydowałem, albo inaczej mówiąc, skonstruowałem pierwszy swój schemat postępowania. Podstawową rzeczą była w nim prawda, mówienie prawdy, poszukiwanie prawdy, odwaga życia sprawą. W jakiś sposób te elementy stały się dla mnie niezwykle trudnym i kosztownym live-motywem, ponieważ nie można być do końca prawdziwym, można tylko iść w kierunku prawdy. Moje posługiwanie się prawdą stało się autounicestwianiem. Za mało miałem charakteru i dyscypliny, by umieć wyprowadzić się z zaułku konsekwencji prawdy. Stałem się w jakiś sposób łatwą zwierzyną do odstrzału. A jednocześnie rosłem w wewnętrzną siłę i w przekonanie o słuszności misji, którą niosłem sobie.

- Czyżbyś myślał wtedy o misji dziejowej a nie - powiedzmy - o dziewczynach?

- Jest to sprawa wielowarstwowości życia każdego młodego człowieka. Jest miłość, jest poszukiwanie prawdy i budzenie się różnych pasji. Byłem w środku tego, co w wieku szesnastu lat, u młokosa z pryszczatą twarzą i nozdrzami łapczywie wchłaniającymi wiatr, jest bólem samogwałtów i pierwszych seksualnych aktów.

- Wchodzenie w dorosłość nie było więc łatwe?

- Tak samo interesował mnie mężczyzna, jak i kobieta. Właściwie przypadek zadecydował, że nie stałem się „odmienny“. Dokonałem wyboru po doświadczeniach, które w tamtych czasach były złem i tabu. Stosunek mój na przykład do homoseksualizmu jest zupełnie otwarty, choć nie jestem homoseksualistą i, przypuszczam, już nigdy nim nie będę. Człowiek w swojej postaci, jako natura złożona, ma szerokie możliwości eksploracji swego pociągu seksualnego. Bardzo trudno jest mówić o inicjacji młodego człowieka. Trzeba wszystko umieścić w skali wychowania i środowiska, w którym człowiek żyje, kultury tego środowiska, kultury dotyczącej spraw intymnych, miłości cielesnej i wszystkiego tego, co wiąże się z seksem, erotyzmem.

- Czy w tym okresie sprawy płci, orientacji seksualnej, prokreacji czy wyboru partnerki były dla Ciebie najważniejsze?

- Były ważne, ale nie najważniejsze, choć trudno z perspektywy czasy mówić o ważności spraw. Dła młodego człowieka wszystko jest ważne. Szesnastolatek nie potrafi ustawić sobie równoważnika. Nieumiejętność obiektywnej oceny rzeczywistości to domena młodości. Z mojej strony była to chęć przełamania istniejącego w domu tabu. Poznawanie spraw seksu było samo w sobie grzechem. A to przecież nieporozumienie, zniekształcenie prawdy. Zatem postanowiłem sam zgłębiać tajemnice istnienia.

- Czy już wtedy byłeś zakochany?

- Pojawiła się dziewczyna, która dała mi to, czego nie mógł dać nikt inny. Kobieta stała się wtedy drogą mojego życia. Kobiecość, zapach kobiety, marzenie o kobiecie, pragnienie miłości, choć nie doszło do inicjacji w sensie fizycznym, określiło mnie na całe życie.

- Pierwsza miłość czy fascynacja kobiecością nie wpłynęła na zmianę Twojej postawy wobec szkoły?

- Zupełnie nie miała znaczenia.

- Drugiej klasy liceum nie zaliczyłeś bezboleśnie?

- Wiele rzeczy się wydarzało. Tego samego dnia rozmawiałem z biskupem, który odwiedzał ojca, piłem z kolegami wino w bramie i spotykałem na ulicy rabina, z którym grzecznościowo wymieniałem kilka zdań. Po Piotrkowie Trybunalskim ojciec zapisał mnie do liceum dla trudnej młodzieży, znajdującego się na ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Zabawiłem tam tylko trzy, cztery miesiące. Zostałem wylany za bójkę. Dla ojca była to prawdziwa tragedia. Miałem 17 lat i skończoną zaledwie pierwszą klasę liceum. Postanowiłem więc wziąć „ster“ w swoje ręce i radykalnie odmienić swoje życie. Pojechałem do Gdańska i tam, na podrobionych papierach, bo do zatrudnienia wymagana była pełnoletniość, zaangażowałem się do pracy w stoczni, by wykonywać funkcję dokera. Pracowałem przy wyładowywaniu statków. Była to straszliwa mordęga, ale mimo to jeszcze zapisałem się do wieczorowej szkoły.

- Marzenia o akademii stały się jedynie snem, bardzo odległą i - jak się zapewne wtedy Tobie wydawało - nierealną perspektywą?

- Mimo takich dni, w których wszystkiego się odechciewało, marzeń swoich się nie wyzbyłem.

Paryż, czerwiec 2000

fot.: Michael Wittbrot